
– Boję się, że to prawda. Proszę mówić!
– To jest głos… – zaczęła księżna z wahaniem.
Móri zbladł. Cała jego sylwetka wyglądała teraz jak czarny cień rysujący się na tle ściany. Jedynie twarz lśniła w blasku ognia z kominka.
– Wewnętrzny głos, prawda? A mimo to dochodzący z oddali?
– Właśnie! Wiesz coś o tym?
– Aż nazbyt wiele! Proszę już nic więcej nie dodawać. Może księżna zrobić wszystko, tylko proszę nie odpowiadać na jego wołanie!
Ale ja chcę odpowiedzieć! Czasami udaje mi się trzymać od tego na odległość, ale głos jest tak natarczywy, że mam ochotę krzyczeć: „Tutaj! Tutaj jestem! Idę! Już idę!”
– I tego właśnie ów głos pragnie – odparł Móri wstrząśnięty. – Proszę mi obiecać, że nigdy mu pani nie odpowie!
– W takim razie wyjaśnij mi, co to za głos!
– Dobrze, wyjaśnię!
Theresa wiedziała przecież już dość dużo o polowaniu na Tiril, ale opis ostatnich wydarzeń we dworze niedaleko Christianii dotarł do niej zaledwie we fragmentach.
Móri opowiedział o głosie, który nalegał, by Tiril ujawniła, gdzie się znajduje.
– Rozumie pani, księżno, że on… Bo to jest mężczyzna…
Księżna skinęła głową.
– On z łatwością może dotrzeć do duszy człowieka. Najpierw odnalazł duszę Tiril, ale teraz odkrył istnienie waszej wysokości. Wygląda jednak na to, że owej nieznanej sile trudno jest zlokalizować żywego człowieka, tego, do którego dusza należy. On po prostu nie wie, gdzie się człowiek znajduje, i dlatego stara się panią do siebie przyciągnąć, dlatego przyzywa. Ale ja i moi niewidzialni towarzysze zdołaliśmy otoczyć Tiril swego rodzaju murem tak, że on nie może mieć do niej przystępu.
– Bogu dzięki – westchnęła Theresa z ulgą. – Wolałabym jednak tych, o których mówisz „towarzysze”, nazywać twoimi duchami opiekuńczymi.
– Proszę bardzo – rzekł Móri. – Ja przeciwstawiałem im się przez wiele lat, nie chciałem nawet słyszeć o ich istnieniu. Chyba już czas okazać wdzięczność za ich nieustanną obecność przy mnie.
