Z gardła wydobywały się nieokreślone dźwięki, ale nie był w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Zresztą te dźwięki też pojawiały się wbrew jego woli.

Był wyczerpany do granic wytrzymałości tą potworną koncentracją. Nie miał sił, by poruszać wargami. Raz po raz z gardła z trudem wydobywał się charkot. Sprawiało mu to wielki ból.

– Thereeesaaa… Thereeesaaa…

Z nosa Wielkiego Mistrza ciekła krew, ale on tego nie dostrzegał. Ciało przestało dla niego istnieć. Tylko duch był żywy. I trwał udręczony do ostateczności niebywałym wysiłkiem myśli.

Serce waliło ciężko jak uderzenia młota. Gdyby ktoś stał na dziedzińcu, mógłby je chyba usłyszeć.

– Chooodź! Chodź, Thereeesaaa, chooodź!

Powietrze w pokoju zdawało się tak gęste, że Mistrz z trudem oddychał. W płucach mu świszczało.

Głęboko w podświadomości Mistrza tkwiło przekonanie: Jeszcze tylko ten jeden raz! Więcej już by nie zniósł. Nie był przecież młody, a te nawoływania odbijały się boleśnie na całym jego organizmie.

– Theeereeesaaa!

Nienaturalny szept zawisł w pokoju niczym głuche echo.

Kiedy pierwsze szare smugi brzasku rozjaśniły niebo, księżna Theresa się ocknęła.

Poczuła lodowate zimno na plecach od karku aż do krzyża.

Głos!

Pojawił się znowu. Powolny, szepczący. Zdawała sobie sprawę z tego, że słyszy go już jakiś czas, że słyszała jeszcze we śnie, ale nie chciała się obudzić.

– Theresa – wzywał głos. Powoli, przeciągle. – Theresa, chodź!

Teraz nie mogła go już lekceważyć, nie mogła udawać, że nie słyszy.

Nic nie pomagało zatykanie uszu rękami, bo wołanie rozlegało się gdzieś w głębi jej jestestwa. Zarówno tam, jak i na zewnątrz. Jakby docierało do niej z jakiegoś miejsca w górze, może w dachu albo ze ścian. W każdym razie jego źródło znajdowało się bardzo daleko stąd, a mimo to nie mogła się oprzeć wrażeniu, że tkwi w jej głowie.



31 из 177