
– Czego one od nas chcą?
– Tego nie wiemy. To jakaś wielka czarodziejska siła. Jest w stanie ukryć i siebie, i swoje zamiary.
Theresa raz jeszcze podziękowała za pomoc i niemal niechętnie puściła magiczną runę. Towarzysze Móriego zniknęli i ludzie mogli ruszyć w drogę powrotną do gospody. Theresa wsiadła na konia swego sługi, on zaś usadowił się za chłopcem stajennym.
Jechali w milczeniu.
Rozdział 7
Miało się już ku południowi, postanowili więc, że dziś nie pojadą dalej i jeszcze jedną noc spędzą w gospodzie pod Hochstadt. Theresa potrzebowała odpoczynku po wielkim wysiłku fizycznym i psychicznym.
Wieczorem jednak o mało nie doszło do katastrofy.
Skończyli kolację, ale zarówno gospodarze, jak i goście siedzieli jeszcze przy stole i rozmawiali. Tyle się przecież wydarzyło, nie co dzień też zatrzymywali się w gospodzie goście książęcego rodu.
– Proszę mi powiedzieć, wasza wysokość – zwrócił się Móri do księżnej. – Proszę mi powiedzieć, dokąd właściwie pani szła? Owszem, wiem, że to było wezwanie Głosu, ale dokąd konkretnie?
– Do Sankt Gallen – odpowiedziała bez wahania.
– Sankt Gallen należy do szwajcarskiego związku kantonów – wtrącił gospodarz. – Księżna miała przed sobą daleką drogę.
Akurat w tym momencie w pełnym galopie wjechał na dziedziniec parobek, który załatwiał jakieś interesy na północy. Zeskoczył z konia i wpadł do izby, gdzie przy stole siedziało całe towarzystwo.
– W drodze do domu wyprzedziłem jakiś bardzo elegancki ekwipaż – oświadczył zdyszany. – Lada chwila tu będą. Udało mi się zajrzeć do powozu, siedział tam wytworny pan z blizną na twarzy i z rozciętym uchem. Dokładnie tak jak państwo opisywali człowieka, który państwa prześladuje.
Wszyscy zerwali się od stołu.
– Dziękuję ci, mój przyjacielu – powiedziała księżna do parobka. – Wynagrodzę cię za to sowicie. Ukryjcie jak najszybciej nasz powóz! Tiril, Móri i ja pójdziemy do naszych pokojów i nie będziemy się pokazywać. Pozostali otrzymają dokładne instrukcje… Tiril, weź ze sobą Nera! I owiąż mu pysk, żeby nie szczekał.
