
– Mary bardzo to przeżywa, pani detektyw. Mimo wszystkich naszych, praktycznie nieustających wysiłków… – tu urwał.
Terri przytaknęła. Odwróciła się do dwóch mundurowych. Sierżant podał jej kartkę w linie – mogła być z segregatora jakiegokolwiek ucznia liceum. Staranne pismo kogoś, kto chce mieć pewność, że każde słowo będzie wyraźne i czytelne. To nie wyglądało na pospieszne bazgrały nastolatki, która chce czym prędzej wyrwać się z domu, żeby robić to, co zapowiada w wiadomości zostawionej rodzicom. Nad tym listem pracowano. Może nawet to była trzecia-czwarta pieczołowicie wycyzelowana wersja. Terri sądziła, że gdyby dokładnie poszukała, znalazłaby brudnopisy w koszu na śmieci albo w pojemnikach za domem. Przeczytała list trzy razy, zanim cokolwiek powiedziała.
Mamo,
idę z koleżankami do kina, umówiłyśmy się w Mall. Zjem tam jakąś kolację i może przenocuję u Sarah albo Katie. Po filmie zadzwonię albo po prostu od razu przyjadę do domu. Nie wrócę za późno. Odrobiłam lekcje i do końca tygodnia nie mam nic zadane.
Bardzo rzeczowe. Bardzo zwięzłe. Całkowite kłamstwo.
– Gdzie to zostawiła?
– Przyczepiła magnesem do lodówki – powiedział sierżant. – Nie dałoby się tego nie zauważyć.
Terri przeczytała tekst jeszcze dwa razy. Uczysz się, co, Jennifer? Dokładnie wiedziałaś, co napisać.
Do kina – to sygnał dla matki, że Jennifer będzie miała wyłączoną komórkę; w ten sposób zyskiwała co najmniej dwie godziny, nikt nie mógł się niepokoić, że nie odbiera telefonu.
Z koleżankami – nieprecyzyjne, ale niebudzące podejrzeń. Dwa podane imiona, Sarah i Katie, to albo koleżanki gotowe ją kryć, albo takie, które same były nieosiągalne.
Zadzwonię – żeby matka i Scott siedzieli, czekali na telefon od niej i tracili cenne minuty.
Nic zadane – Jennifer odbierała matce główny pretekst, by do niej zadzwonić.
