Adrian się uśmiechnął.

– Całą potrzebną mi pomoc mam w domu.

Pan Półautomatyczny Ruger kaliber 9 milimetrów, pomyślał. W górnej szufladzie stolika nocnego. Magazynek na trzynaście nabojów pełny, ale jedna kula wystarczy.

Lekarz mówił coś jeszcze o pielęgniarskiej opiece domowej i opłatach ubezpieczeniowych, przekazaniu pełnomocnictw i testamencie, długich pobytach w szpitalu i ogromnym znaczeniu następnych wizyt, lekach, które jego zdaniem nie spowolnią rozwoju choroby, ale i tak należy je brać, bo może choć trochę pomogą, ale Adrian zrozumiał, że tak naprawdę nie musi już go słuchać.

Na przedmieściach małego miasta uniwersyteckiego, w którym mieszkał Adrian, między dawnymi polami uprawnymi, dziś zabudowanymi nowoczesnymi, ekskluzywnymi rezydencjami, przycupnął mały rezerwat przyrody – obejmował skromne wzgórze, a właściwie zaledwie wybrzuszenie terenu, szumnie zwane przez miejscowych „górą”. Na szczyt góry Pollux wiodła ścieżka, wiła się przez las i ostatecznie wychodziła na punkt widokowy na dolinę. Adriana zawsze irytowało to, że obok góry Pollux nie było góry Kastor. Ciekawe, kto nadał wzgórzu tak pretensjonalną nazwę. Jakiś uczony typ, podejrzewał, zatrudniony na uczelni dwa wieki temu, w czasach, kiedy profesorowie w czarnych wełnianych surdutach i wykrochmalonych białych kołnierzach wpajali studentom wiedzę klasyczną. Jednak pomimo jego wątpliwości co do nazwy i trafności zaszczytnego miana „góra”, lubił to miejsce. Cichy zakątek uwielbiany przez miejskie psy, spuszczane tam ze smyczy, i ludzi, którzy chcieli zostać sami ze swoimi myślami. I to tam Adrian pojechał po wizycie u lekarza.

Zaparkował stare volvo na przydrożnym parkingu u wylotu ścieżki i ruszył pod górę. Kiedy indziej włożyłby traperki na to wczesnowiosenne błoto; a tak pewnie szybko zniszczy buty.



5 из 396