Powiedział sobie, że to już bez znaczenia.

Wokół niego dogasało popołudnie, zimno pieściło mu plecy. Nie był odpowiednio ubrany na spacer, tym bardziej że w Nowej Anglii każdy pełzający cień niósł jeszcze z sobą tchnienie zimy. Nie zważał na chłód ani na szybko przemakające buty.

Na ścieżce nie było nikogo. Żadnych rozbrykanych golden retrieverów, co to biegają po krzakach w poszukiwaniu jakiegoś zapachu. Tylko Adrian. Szedł równym tempem. Samotność mu odpowiadała. Naszła go dziwna myśl, że gdyby kogoś spotkał, poczułby potrzebę, żeby wyznać: „Mam chorobę, o której nigdy nie słyszałeś. Zabije mnie, ale przedtem wszystko mi odbierze”.

Przynajmniej w przypadku raka, pomyślał, albo choroby serca, człowiek może pozostać sobą tak długo, jak tylko da radę, podczas gdy choroba go morduje. Był zły i chciał się jakoś wyładować, w coś uderzyć, ale zamiast tego tylko maszerował pod górę.

Wsłuchał się w swój oddech. Równy. Normalny. Ani śladu wysiłku. To niesprawiedliwe. Wolałby udręczone sapanie, coś, co powiedziałoby mu, że jest nieuleczalnie chory.

Mniej więcej po półgodzinie dotarł na szczyt – jeśli to nie za duże słowo. Resztki światła słonecznego wysączały się znad wierzchołków wzgórz na zachodzie. Przysiadł na dużej skale łupkowej i spojrzał na odległą dolinę. Pierwsze oznaki wiosny w Nowej Anglii pojawiły się już na dobre. Widział wczesne kwiaty. Głównie żółte i fioletowe krokusy wyglądały z wilgotnej ziemi. Drzewa zieleniały pączkami, które zaciemniały gałęzie jak jedno-, dwudniowy zarost policzki. Klucz dzikich gęsi kierował się na północ. Ich hałaśliwe krzyki niosły się po bladoniebieskim niebie. Wszystko to było tak uderzająco normalne, że Adrian czuł się trochę głupio; to, co się z nim działo, nijak się miało do otaczającego go świata.

W oddali dostrzegł iglice kościoła na środku uczelnianego kampusu. Drużyna bejsbolowa już na pewno wyszła trenować odbicia – w hali, bo boisko wciąż było przykryte brezentem.



6 из 396