Swój gabinet miał na tyle blisko, że gdy otwierał okno w wiosenne popołudnia, słyszał odległy stukot uderzeń kijów w piłki. Po długiej zimie cieszyło to tak bardzo jak widok drozda, który krąży nad dziedzińcem w poszukiwaniu dżdżownicy.

Adrian odetchnął głęboko.

– Wracaj do domu – powiedział na głos. – Zastrzel się, dopóki wszystko, co sprawia ci przyjemność, jest rzeczywiste. Bo choroba ci to odbierze.

Zawsze uważał się za człowieka czynu i z zadowoleniem przyjmował natarczywą myśl o samobójstwie. Szukał argumentów przemawiających za tym, żeby się wstrzymać. Nie znalazł żadnego.

Może wystarczy zostać tutaj. Ładne miejsce. Jedno z jego ulubionych. W sam raz na śmierć. Ciekawe, czy w nocy zrobi się dość zimno, by zamarzł. Wątpił w to. Pewnie skończyłoby się na tym, że marznąc i kaszląc, doczekałby świtu – a wtedy najadłby się wstydu, nawet jeśli był jedyną osobą na świecie, dla której wschód słońca oznaczałby porażkę.

Pokręcił głową.

Rozejrzyj się, nakazał sobie. Zapamiętaj, co warte zapamiętania. Resztę zignoruj.

Spojrzał w dół, na buty – pokryte skorupą błota i przemoczone – i zastanawiał się, dlaczego nie czuje wilgoci na palcach u nóg.

Nie ma co zwlekać, stwierdził stanowczo. Wstał i strzepnął pył łupkowy ze spodni. Cienie przedzierały się przez krzaki i drzewa, na ścieżce w dół z każdą sekundą robiło się coraz ciemniej.

Obejrzał się na dolinę. Tam uczyłem. Tam mieszkaliśmy. Żałował, że nie może stąd zobaczyć loftu w Nowym Jorku, gdzie poznał żonę i po raz pierwszy się zakochał. Żałował, że nie może zobaczyć ulubionych miejsc z dzieciństwa i tych związanych z rozmaitymi wspomnieniami z młodości. Żałował, że nie może zobaczyć rue Madeleine w Paryżu i narożnego bistro, do którego podczas urlopów naukowych co rano chodzili z żoną na kawę. I apartamentu Marleny Dietrich w berlińskim hotelu Savoy – zatrzymali się tam, kiedy pojechał wygłosić wykład w Institut für

Psychologie. Tam też poczęli swoje jedyne dziecko. Wytężył wzrok, patrząc na wschód, w stronę domu na Cape, gdzie spędzali każde lato od czasów jego młodości, plaż, na których uczył się łowić na muchę skalniki, i pełnych pstrągów strumieni. Brnął wtedy pośród prastarych głazów przez wodę, co aż kipiała energią.



7 из 396