
— Tak myślałem, że o to spytacie — odrzekłem. Wszyscy trzej jesteśmy nadzwyczaj mało wysportowani, a w wojsku przebywamy, od kiedy zrobiliśmy doktoraty. Niewielki miałem wybór. Ale przypomniałem sobie, że Monroe jest pół krwi Indianinem — Arapaho, prawda, Monroe? — i mam nadzieję, że odezwie się w nim duch przodków.
— Kłopot w tym, panie pułkowniku — mruknął Monroe, wstając z miejsca — że jestem ćwierć krwi Indianinem, a w ogóle to… Czy nigdy panu nie mówiłem, że mój pradziadek był tym jedynym przewodnikiem Custera pod Little Big Horn? Cały czas był przekonany, że Siedzący Byk jest o dziesięć mil od niego. Mimo to zrobię, co będzie w mojej mocy. A jeśli zginę śmiercią bohatera, czy mógłby pan przekonać oficera bezpieczeństwa naszej sekcji, żeby ujawnili moje nazwisko na użytek podręczników do historii? W tej sytuacji uważam, że to przynajmniej można zrobić.
Oczywiście obiecałem, że zrobię, co będzie w mojej mocy.
Kiedy wyruszył, zasiadłem w kopule przy telefonie łączącym mnie z Tomem i uczułem nienawiść do siebie za to, że wybrałem Monroe’a do tego zadania. Ale nienawidziłbym siebie dokładnie tak samo, gdybym wybrał Toma. A jeśli coś się zdarzy i będę musiał nakazać Tomowi, żeby odleciał, będę siedzieć w tej kopule sam jak palec i czekać…
— Broz negel! — odezwał się przez radio wdzięczny głos Monroe’a.
Jednomiejscówka wylądowała.
Wolałem nie używać telefonu do pogawędek z Tomem, bojąc się, że uleci mi jakieś ważne słowo lub zdanie od naszego zwiadowcy. Siedziałem więc i natężałem słuch. Po chwili usłyszałem:
— Miszgaszu! — co oznaczało, że Monroe jest w pobliżu tej drugiej kopuły i czołga się w jej stronę, korzystając z osłony kamieni.
A potem zapadła cisza.
W chwilę później zrelacjonowałem Tomowi, co się stało.
— Biedny Monroe — szepnął tylko. Wyobrażałem sobie wyraz jego twarzy.
