
Dziewczyna jednak nie miała o tym bladego pojęcia. Zeszłej nocy zupełnym przypadkiem Fargo dowiedział się, że tak naprawdę nie należała do tego świata. Była córką dość bogatych, zajętych tylko sobą rodziców, w których życiu zaszło coś w jej rozumieniu tak ważnego, tak niszczącego, że nie mogła z nimi dalej żyć. Ucieczka miała być protestem… Znalazła się na ulicy, bez pieniędzy, bez perspektyw, ale za to z nieprawdopodobnym wprost szczęściem, które przez całe dwa tygodnie chroniło ją przed gwałcicielami, maniakami czy zwykłymi bandytami, od których miasto roiło się nocą.
Fargo nie wiedział, jak jej powiedzieć, że to szczęście ma granice, że przeżycie trzeciego tygodnia może graniczyć z cudem. Wstał powoli, prostując zdrętwiałe nogi bynajmniej nie dlatego, że spieszno mu było grać ze złudzeniami dziewczyny, ale dyskusja przy ognisku zaczęła przybierać coraz ostrzejsze tony i dłuższe przebywanie tutaj mogło zakończyć się fatalnie.
– Chodź.
Ruszyli wzdłuż porośniętych zielskiem ceglanych rumowisk. Szli wąskimi zaułkami, pełnymi potrzaskanych dźwigarów, które kiedyś przytrzymywały stalowe rury. Ich pordzewiałych szczątków nie sposób było odróżnić od organicznych odpadków zalegających cały teren. Opuszczoną w latach kolejnej recesji fabrykę zamieniono na wysypisko śmieci, ale i ono już dawno przestało spełniać swoją funkcję. Zachowując ostrożność, wspięli się na stertę pokrytych ziemią starych opon.
– Tędy.
Światło księżyca pozwalało odnaleźć drogę. Przeszli przez dziurę w załomie muru, potem dziewczyna zatrzymała się pod zbitym z nierównych desek parkanem.
– Mam dość – szepnęła.
– Zmęczyłaś się? – nie zrozumiał w pierwszej chwili. Położyła mu rękę na ramieniu. Popatrzył na nią zdziwiony, szukając w tym geście podtekstów. Niestety, szybko zrozumiał, że był to tylko pusty, niepotrzebny ruch wyniesiony z zupełnie innej rzeczywistości.
– Ja już dłużej nie dam rady… – jej cienki głos załamał się nagle.
