– Czy coś się stało? – zapytał Fargo.

Zerwała się, rozsypując kolorową mozaikę kart.

– Nie! Już dłużej nie wytrzymam. Już nie chcę!

Wstał również, ale ona odskoczyła o kilka kroków.

– Nie mogę tak żyć! Nie mogę, rozumiesz? – zrobiła zamach, jakby chciała odrzucić coś niewidzialnego, co tkwiło w jej dłoni.

– Wracam do domu! – krzyknęła. – Ja mam dom! Wiesz? Dom, rodzinę, przyjaciół!

„Nareszcie zrozumiała” – pomyślał. Widział wiele takich załamań, ale tylko to mogło znaleźć w miarę szczęśliwe zakończenie.

– Wy wszyscy niczego nie macie, ale ja mogę wrócić! – odwróciła się gwałtownie i pobiegła, szybko niknąc w mroku.

Długo jeszcze słyszał zamierające powoli odgłosy jej kroków. Później usiadł na ziemi, opierając się plecami o parkan. Przyjął wygodną pozycję, by przygotować się na spotkanie uczucia samotności, które za chwilę opanuje go z całą siłą. Popatrzył na rozrzucone karty i tę, którą dziewczyna przedarła w ostatniej chwili. „Ty jesteś…” – zabrzmiało mu w uszach. Nie, sam nie wiedział, kim jest. Od lat błąkał się po ulicach tego miasta, lecz wszystko, co było przedtem, tysięczny już raz sprowadzał do kilku wersów jakiejś piosenki:

Więc zabierz,

Zabierz mnie do ogrodu rozkoszy,

Gdzie sekretne pocałunki na górze wiatru

Nie rozproszą drobnych okruchów niewinnej młodości,

Nie zniszczą bezimiennego piękna

Pajęczych tworów nie chybiającej nigdy pamięci.

To było wszystko, co jego skołatany umysł ocalił z głębokiej amnezji. Co było jej przyczyną? Nie wiedział. Nie pamiętał niczego, co działo się przedtem, zanim nie kończąca się tułaczka wypełniła całą treść jego życia.

Wyjął złożoną starannie szmatkę, w której trzymał zbierany w parku tytoń. Powoli skręcił papierosa i zapalił go znalezionymi zapałkami. Przecież on też powinien mieć jakąś rodzinę i jakichś przyjaciół.



6 из 187