
— A więc wywierasz nacisk na swego starego ojca. Urocze.
— Nie — odparł Sylveste przez zaciśnięte zęby. — Mówię tylko, że jeśli nie udzielisz mi wskazówek, możesz wpaść w niewłaściwe ręce. Mówiąc trywialnie, jesteś jeszcze jednym członkiem naszego znamienitego klanu.
— Ale ty niezupełnie się z tym zgadzasz, prawda? Według ciebie jestem tylko programem, pojawieniem. Kiedy znów mi pozwolisz przejąć swoje ciało?
— Na twoim miejscu nie oczekiwałbym tego z zapartym tchem.
Calvin uniósł palec w geście upomnienia.
— Nie bądź złośliwy, synu. To ty mnie wywołałeś, a nie ja ciebie. Jeśli chcesz, schowaj mnie znów do lampy. Ja jestem zadowolony.
— Schowam, kiedy udzielisz mi rady.
Calvin pochylił się w krześle.
— Powiedz, co zrobiłeś z moją symulacją poziomu alfa, a niewykluczone, że rozważę twoją prośbę. — Uśmiechnął się szelmowsko. — Do diabła, mógłbym nawet opowiedzieć parę nieznanych ci historii o Osiemdziesięciu.
— Zmarło siedemdziesiąt dziewięć niewinnych osób — rzekł Sylveste. — Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Nie obarczam cię za to odpowiedzialnością. To tak, jakby oskarżać fotografa tyrana za przestępstwa wojenne.
— Dałem ci wzrok, ty niewdzięczny draniu. — Fotel okręcił się i tył solidnego oparcia był zwrócony teraz do Sylveste’a. — Przyznaję, że twoje oczy nie są najbardziej nowoczesne, ale czego mogłeś oczekiwać? — Fotel znów się okręcił. Calvin był ubrany tak jak teraz Sylveste, włosy miał ułożone w ten sam sposób, a jego twarz odznaczała się tą samą gładką karnacją. — Powiedz mi coś o Całunnikach. Powiedz mi, synu, o twych tajemnych winach. Powiedz, co się naprawdę wydarzyło w Całunie Lascaille’a. I nie chcę kłamstw, które rozsiewasz od swojego powrotu.
Sylveste podszedł do biurka, gotów wyjąć kartridż.
— Poczekaj — powiedział Calvin, unosząc nagle dłonie. — Chcesz mojej rady?
— No, nareszcie do czegoś dochodzimy — odrzekł Sylveste.
