
Sylveste poczekał chwilę, potem ruszył podobną drogą, a gdy przeszedł kilka oczek w głąb siatki, skręcił. W pobliżu centrum wykopalisk cztery szyby powiększono, robiąc jeden większy otwór o boku trzydziestu metrów i niemal takiej samej głębokości. Zszedł po drabinie w głąb szybu. W ciągu ostatnich tygodni tyle razy odbywał podróż w dół i do góry, że brak zawrotów głowy bardziej go niepokoił niż samo schodzenie. Poruszając się przy oszalowanej ścianie, mijał warstwy epok geologicznych. Dziewięćset tysięcy lat minęło od Wydarzenia. Większa część stratyfikacji stanowiła wieczną zmarzlinę, typową dla podbiegunowych obszarów Resurgamu. Wieczną zmarzlinę, która nigdy nie rozmarzała. Głębiej — blisko samego Wydarzenia — znajdowała się warstwa regolitu, powstała podczas impaktów, które nastąpiły po Wydarzeniu. Samo Wydarzenie zaznaczało się pojedynczą, cienką jak włos linią rozdzielającą — popiołem po spalonych lasach.
Dno wyrobiska nie było poziome — schodziło zwężającymi się tarasami na końcowy poziom czterdziestu metrów. W dole zainstalowano dodatkowe reflektory, by rozświetlić mrok. Tam, w ciasnym obszarze, roiło się jak w ulu. Szyb całkowicie chronił od wiatru. Kopiący pracowali niemal w kompletnej ciszy; klęczeli na matach i operowali narzędziami tak precyzyjnymi, że w innej epoce mogłyby służyć chirurgowi. Trzy osoby z zespołu — studenci z Cuvier — urodziły się na Resurgamie. Przy nich przyczaił się serwitor, czekając na rozkazy. Maszyny bardzo się przydawały na wczesnym etapie wykopalisk, jednak końcowych prac nie można było całkowicie im powierzyć. Przy grupie siedziała kobieta z kompnotesem, balansującym na udach, ukazującym drzewo rozwoju czaszek Amarantinów. Dopiero teraz zauważyła Sylveste’a — zszedł bardzo cicho — wstała gwałtownie i zatrzasnęła kompnotes. Czarnowłosa, nosiła prostą grzywkę. Na ramiona zarzuciła pelerynę.
— Miałeś rację — powiedziała. — Nie wiemy, co to jest, ale na pewno jest wielkie. I zadziwiająco dobrze zachowane.
