
— Proponujesz jakąś teorię, Pascale?
— To chyba twoje zadanie. Ja mam to tylko skomentować. — Pascale Dubois, młoda dziennikarka z Cuvier, opisywała wykopaliska od samego ich początku, choć często brudziła sobie ręce prawdziwym kopaniem, ucząc się fachowego żargonu. — Te ciała są straszne, prawda? Choć to obcy, niemal czujemy ich ból.
Przy ścianie szybu, gdzie dno zaczynało opadać, odkopali dwie wyłożone kamieniami komory grzebalne. Choć leżały tu przysypane ziemią przez co najmniej dziewięćset tysięcy lat, były niemal nienaruszone, a kości wewnątrz znajdowały się z grubsza w pozycji odpowiadającej ułożeniu anatomicznemu żywej istoty. Były to typowe szkielety Amarantinów. Na pierwszy rzut oka — jeśli ktoś akurat nie specjalizował się w antropologii — mogły uchodzić za szczątki ludzkie, gdyż należały do istot o wymiarach przeciętnego człowieka, mających cztery kończyny, dwunożnych, o pozornie podobnej budowie szkieletu. Objętość czaszki była mniej więcej taka jak u ludzi, a narządy zmysłów, oddechu i komunikacji znajdowały się w podobnych miejscach. Jednak czaszki obu Amarantinów miały wydłużony, ptasi kształt, z wydatną wypukłością czołową, rozciągającą się między głębokimi oczodołami i biegnącą aż do podobnej do dziobu górnej szczęki. Kości były pokryte gdzieniegdzie motkami wygarbowanej, suchej tkanki, która skręcała ciało, ściągając je — takie to sprawiało wrażenie — do pozycji wyrażającej ból. Nie były to skamieniałości w zwykłym sensie: nie zaszły w nich żadne procesy mineralizacji, a w komorach grzebalnych znajdowały się tylko kości i trochę technicznych artefaktów, z którymi pochowano ciała.
— Może chodziło o to, byśmy tak myśleli? — Sylveste dotknął jednej z czaszek.
— Nie — odparła Pascale. — Gdy tkanka wyschła, pozycja ciała uległa zniekształceniu.
— Albo pochowano je właśnie w ten sposób.
Położył na czaszce dłonie w rękawiczkach, które przekazywały mu dane dotykowe do koniuszków palców.
