
Sidsel stała przy oknie. W jasnym blasku księżyca widać było tylko najmocniej świecące gwiazdy. Z Oriona dało się zobaczyć jedynie barki i pas. Gwiazdy przypominały dwoje małych chytrych oczek i wykrzywione usta.
Światło księżyca zaglądało do brunatnego salonu, który całkiem słusznie otrzymał takie miano. Blask padał tuż koło łóżka Sidsel, w którym dziewczynka kuliła się pod kołdrą, nieszczęśliwa i zapłakana. Czekało ją osiem nie kończących się dni i nocy w tym domu strachów, z ciotkami, które jej nie lubiły. Och, dlaczego nie pozwolono jej wyjechać z tatusiem i mamą? Ale oni cały czas powtarzali „nareszcie sami”, „spróbujemy naprawić” i inne niemądre rzeczy.
Jutro ucieknie, na pewno. Wszystko jedno, dokąd pójdzie, nieważne, czy zmarznie, będzie głodna czy też dostanie udaru słonecznego, a może nawet będzie musiała nocować w lesie. Wszystko jest lepsze od tych lodowatych ciotek i ich wstrętnego domu!
Nagle Sidsel drgnęła i wysunęła głowę spod kołdry. Miała trudności z rozróżnieniem, co jest czym wśród tylu zadziwiających sprzętów, ale nie zauważyła niczego niezwykłego. Usłyszała tylko coś. Coś nieokreślonego.
Od pokoju rodziców dzieliło ją kilka pomieszczeń. Wzywanie ich szeptem na nic by się nie zdało, a wołać nie chciała, no bo jeśli ktoś jest w pokoju?
Ale nie, to nie stąd dobiegał ten dźwięk. Dochodził jakby z góry. Kroki na piętrze, na tym, które podobno stało puste.
Ktoś tam chodził, nie, nie chodził, raczej skradał się jak najciszej na palcach. Ale deski w podłodze trzeszczały, zdradzając tajemnicę.
Mimo wszystko Sidsel trochę się rozluźniła. Wszystko jedno, kto to był, i tak nie mógł do niej dotrzeć.
Rozległ się nowy dźwięk. Rozpoznała go, słyszała go wielokrotnie z sypialni rodziców. Ciche, przytłumione skrzypienie łóżka. Nigdy nie lubiła tego odgłosu, choć nie wiedziała, co to jest. Po pewnym czasie tempo zwykle wzrastało, a potem zawsze słyszała uderzenie w ścianę i gwałtowny, szybki oddech.
