
Te odgłosy budziły w niej dziwną, niezrozumiałą niechęć.
Skrzypienie na górze trwało dość długo, w końcu tak jak w domu przybrało na sile, stało się szybsze, aż wreszcie zapanowała cisza. Po chwili znów rozległo się ciche człapanie.
Dźwięki ucichły i Sidsel wsunęła się pod kołdrę.
Podróż mimo wszystko ją zmęczyła. Dziewczynka wreszcie zapadła w sen.
Dręczyły ją niespokojne koszmary. Wokół stukało, dudniło i trzaskało.
Niezwykle przerażający sen, pełen ogłuszającego hałasu.
Znów się obudziła, tak gwałtownie, że przez całe ciało przebiegł jej skurcz. Usłyszała prawdziwy hałas, mocne uderzenie i stukot.
Tym razem bez wątpienia coś działo się u niej, w tym pokoju!
Księżyc nadal świecił mocno. Sidsel do bólu wytężając wzrok wpatrywała się w pokój, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, zęby dzwoniły. Z gardła wydobył się jęk.
Coś tu się zmieniło, ale co?
Tak! Ktoś musiał tu być przed chwilą, bo dwa krzesła przy stole ustawionym na środku pokoju odwróciły się do niej, jak gdyby ktoś je pchnął albo potknął się o nie. I gdzie się podział ten mały stolik przy ścianie?
Czy przedtem przy ścianie nie było żadnego stolika? Teraz chyba na jego miejscu leży przewrócona figurka Murzyna.
Może tatuś zajrzał tu do niej. Potknął się o coś i…
Co do stolika, to nie była tego taka pewna, być może wcale go tam nie było. A figurka mogła leżeć już wcześniej, przecież pokój stanowił niepowszednie zbiorowisko najróżniejszych sprzętów.
Tak, na pewno był tu tatuś.
Odetchnęła z ulgą, zasapana jak po długim biegu. Nieśmiało szepnęła: „Tatuś?”, ale nie doczekała się odpowiedzi. No cóż, pewnie wrócił do łóżka. Sidsel przyłożyła głowę do poduszki i zamknęła oczy.
Natychmiast jednak z powrotem je otworzyła. Coś ze zgrzytem przesuwało się po podłodze. Wpatrywała się w pokój, ale wszystko wydawało się tu spokojne.
Lecz nagle…
Serce Sidsel prawie zapomniało uderzać.
