
Wzrok jej padł na olbrzymią konsolę z lustrem ozdobionym groteskowymi ornamentami, nie należącymi do żadnego stylu ani do żadnej epoki. W lustrze dostrzegła część pokoju, do tej pory pozostającą poza zasięgiem jej wzroku.
Zobaczyła, że wysoka etażerka, pełna brzydkich wazonów, muszli i innych dziwacznych przedmiotów, powoli przemieszcza się po podłodze, ukosem sunąc w jej stronę.
Sidsel krzyknęła i wyskoczyła z łóżka. Potknęła się o mebel, który wieczorem wcale tu jeszcze nie stał, i wrzeszcząc jak oszalała pobiegła przez pokoje, budząc przy tym cały dom.
– Co się stało? Co się stało? – pytali z przerażeniem zaspani rodzice.
Nadciągnęły ciotki i usłyszawszy niepojęte wyjaśnienia dziewczynki, zapaliły każda swoją świecę. Potem weszły do brunatnego salonu.
Chaos, jaki tam panował, trudno opisać. Migotliwe płomienie świec wydobywały z mroku poprzewracane meble, ozdoby porozrzucane po całym pokoju, rozbitą porcelanę i powyciągane szuflady.
– To doprawdy niebywałe! – stwierdziła ciotka Agnes, która pierwsza odzyskała mowę. – Nieźle jak na ośmioletnią dziewczynkę!
– Przecież Sidsel tego nie zrobiła – zaprotestował Ove. – Naprawdę uważacie, że mogłaby przesunąć tę szafę?
Ciotki musiały przyznać mu rację.
– Ale wobec tego kto tu był? – zapytała okrągła jak pączek ciotka Beate w postrzępionym szlafroku. – Chodzisz we śnie, Ove?
– Och, nie, zapewniam…
Sidsel załkała:
– Nie, to nie był tatuś. Widziałam, jak wysoka szafka przesuwa się sama z siebie, nikt jej nie popychał.
– Co za bzdury! – powiedziała ciotka Gerd, a jej wydatny brzuch zatrząsł się, urażony.
– Ach, moja prześliczna biblioteczka! – Ciotka Agnes załamała ręce nad starą ohydą. – Szyba jest potłuczona. Popatrzcie, wazon wpadł tędy i zniszczył moje najlepsze książki! No, no, mogę was zapewnić, że drogo was to będzie kosztowało!
– Ale przecież my… – zaczęła Guri, lecz urwała. Udowodnienie niewinności wydało się jej wręcz niemożliwe. Ciotki za wszelką cenę pragnęły mieć kozła ofiarnego. I przy okazji co nieco na tym zarobić.
