
– Chcecie chyba powiedzieć: zaczyna – z lekką drwiną poprawił turysta, ale kiedy jego wesołość znów napotkała mur wrogiego milczenia, podziękował za informację i ruszył w drogę.
Wieśniacy przypatrywali mu się zza zasłonek.
Był dobrze przygotowany do pieszych wędrówek. Nosił spodnie do kolan i solidne sznurowane buty, kurtkę dla ochrony przed wiatrem i kapelusz na bakier. Miał też porządnie wyładowany plecak, do którego umocowane były rozmaite przyrządy. Jeśli chodzi o wyposażenie, nie powinno mu niczego zabraknąć.
Ale poza tym?
Wieśniaczka pokręciła głową i wróciła do swoich zajęć.
Fergeoset [Ferge (norw.) – prom; os (norw.) ujście rzeki (przyp. tłum.).] interesowało go już od świąt Bożego Narodzenia, kiedy usłyszał po raz pierwszy o tym miejscu. Nazwa wskazywała, że kiedyś musiała to być dość spora wioska. Skoro istniała przeprawa promowa… A „oset” z kolei mówiło, że uchodziła tam jeszcze jakaś inna rzeka. Na pewno było więc też i jezioro.
Człowiek, który mu o tym opowiedział, wspomniał także niewielki kościółek.
Wiele trzeba, by opuszczono wieś, w której stoi kościół.
Choć, prawdę powiedziawszy, w Norwegii co i rusz można się natknąć na wyludnione wioski – niektóre przyklejone do stromych, pionowo opadających w dół zboczy, inne ukryte w głębokich, ustronnych dolinach. Urbanizacja kraju wraz z gwałtowną falą emigracji do Ameryki sprawiły, że opustoszało wiele małych miejscowości. Las rozrósł się, odbierając to, co ludzie kiedyś sobie przywłaszczyli.
Zarośnięta droga wzdłuż wodospadu okazała się długa i stroma. Może więc nie było nic dziwnego w tym, że ludzie przenieśli się w dolinę. Trudny dostęp do wioski w naturalny sposób wiele wyjaśniał.
Ale było przecież i inne wytłumaczenie, to właśnie, które podziałało na jego wyobraźnię i pchnęło go do podjęcia samotnej wyprawy.
Opowieść o nawiedzonej wiosce.
