
Chciał zabrać ze sobą narzeczoną, ale dalekie piesze wędrówki to nie dla niej. W dodatku przeraziły ją makabryczne opowieści. Nie, wolała latem zostać w mieście, gdzie było ciekawiej, przyjemniej, inaczej. Wiele znanych twarzy znikało, pojawiały się nowe.
Musiał więc wędrować w pojedynkę.
Szczególnej przykrości jednak mu to nie sprawiło. Dziewczęta czasami potrafią być zbyt gadatliwe i łatwo wpadają w gniew, gdy tylko coś im nie odpowiada.
Okolica stała się jakby bardziej płaska. Niewiele, co prawda, widział dookoła, bo od dawna już szedł wśród leśnej gęstwiny, ale wodospad zmienił się w dość spokojną rzekę, a on sam nie oddychał już z takim wysiłkiem.
Ukryta wioska nagle stanęła mu przed oczami. W jednej chwili przedzierał się przez świerkowe zarośla, by w następnej patrzeć już na otwarty krajobraz.
Pora dnia była dość późna, pewnie nawet wieczór, ale wiosną światło długo gościło w północnych krajach.
Etnograf i archeolog-amator, czy jak go tam zwać, stanął zauroczony.
Rzeczywiście było tu jezioro, ale wcale nie takie duże. Niewielki górski staw, tak by to określił, choć góry leżały w znacznym oddaleniu. A po drugiej stronie jeziora dostrzec się dało ujście rzeki. Uśmiechnął się dumny, że oto potwierdziły się jego przypuszczenia.
„Dostrzec” to bardzo trafne określenie, bo blade pasma mgły unosiły się z jeziora, spowijając brzegi nieprzejrzystym welonem.
Zrozumiał teraz, dlaczego to miejsce nazwano Fergeoset. Po tej stronie gdzie stał, brzeg był kamienisty, niedostępny. Natomiast przeciwległy, najprawdopodobniej bardzo słoneczny urzekał pięknem i on właśnie musiał kiedyś skusić ludzi, by tu osiedli. Tam jednak można było się przedostać tylko w jeden sposób: należało iść brzegiem aż do ujścia rzeki – tu, gdzie rzeka wypływała z jeziora, prąd był zbyt silny – i przeprawić na drugą stronę łodzią.
Właściwie trudno o gorsze miejsce do osiedlania się, pomyślał, ale rozumiał minione pokolenia.
