
Kiedy księżyc skrył się za pokrywą chmur, dom w swym przytłaczającym smutku objawił się jako jeszcze ciemniejszy. Nagle jednak gdzieś w głębi opustoszałego piętra zamigotało przez moment światełko – przelotnie i niewyraźnie, jakby ktoś osłonięty gęstą zasłoną pajęczyn niósł świeczkę.
Księżyc znów wyjrzał zza chmur i światełka zniknęło.
Nikt jednak nie jechał drogą prowadzącą przez wzgórza, któż więc mógł to zobaczyć? Nikt też nie miał ochoty, by odwiedzić ten dom, nikt nie pragnął spotkania z jego mieszkańcami ani też nie chciał sprawdzić, dlaczego cieszy się złą sławą. Odnosiło się wrażenie, że w tym domu straszy. I tak było w istocie; tak przynajmniej twierdzili ci, którzy znaleźli się dostatecznie blisko. Mówiono o krzykach, niosących się stąd nocą, i innych niezwykłych zjawiskach.
Chyba tylko księżyc pałał do tego domu szczególnym uczuciem.
Nadszedł dzień i światło księżyca zagasło.
Guri Martinsen rozpięła guziczki wysokiego kołnierza i rękawiczkami zaczęła wachlować twarz. Była dość korpulentną panią w wieku około trzydziestu pięciu lat, o twarzy czerwonej i błyszczącej od potu. Nosiła niepraktyczną suknię z turniurą i opadający na czoło kapelusz, umocowany morderczo ostrymi szpilkami.
– Nie, nie mam już siły, żeby zrobić choćby jeszcze jeden krok. Schodzę nad rzekę odpocząć.
Jej poirytowany małżonek postawił walizę na ziemi. Jemu także dokuczał upał.
– Guri, nie mamy czasu. Godzina jest późna, a ciotki na nas czekają.
Guri jednak już skierowała się w dół, na brzeg rzeki.
– Powiedziałeś, że to tylko kawałek od stacji, a idziemy już godzinami!
– Godzinami, też coś! – mruknął. – Zawsze musisz przesadzić.
Ale i on w duchu musiał przyznać, że droga okazała się znacznie dłuższa, niż pamiętał. Co prawda nie był tu od bardzo dawna. Wtedy nikt jeszcze nawet nie słyszał o kolei.
– Chodź, Sidsel! – zawołała żona do ich ośmioletniej córeczki.
