
– Dzień dobry – Ove dzielnie przywitał oko majaczące w ciemnościach. – To my, przywieźliśmy dziewczynkę.
Po dłuższej chwili wpuszczono ich do przedpokoju, pełnego czarnych mebli i oświetlonego oszczędnym światłem, jakie dawała staroświecka lampa.
– Dzień dobry, ciociu… hmmm… ciociu Gerd, dawno się nie widzieliśmy! – wykrztusił wreszcie Ove.
Sidsel wpatrywała się w olbrzymich rozmiarów broszę z kameą i parę zimnych rybich oczu ponad nią. Ciotka Gerd była bezkształtnie rozlana i blada, miała postrzępione włosy bez połysku. W drzwiach stała równie blada, lecz szczuplejsza i starsza ciotka Agnes, a w pokoju siedziała najmłodsza z sióstr, okrągła ciotka Beate, pochłonięta ustawianiem pasjansa i zajadaniem czekoladek.
– Wejdźcie – zagdakała ciotka Gerd. – Późno przyjeżdżacie.
Ove wymamrotał coś o tym, że zabłądzili, a kiedy wszyscy już się ze wszystkimi przywitali, ciotka Agnes oświadczyła:
– Pieniądze na stół, Ove! Twój ojciec zawsze był utracjuszem, najlepiej więc będzie, jeśli od razu otrzymamy zapłatę za dziewczynkę. Po wakacjach wrócisz na pewno bez grosza. Dowiadywałam się, ile w dzisiejszych czasach trzeba zapłacić za mieszkanie i wyżywienie. No i należy doliczyć opał, zużycie mebli i zapewne sporo szkód i wypadków. I jeszcze stawka za godzinę opieki nad nią. Dwadzieścia pięć koron to chyba rozsądna suma, prawda?
– Dwadzieścia pięć koron? – wykrzyknęła Guri zdumiona. – Za osiem dni? Ależ to…
– No, dobrze, możemy powiedzieć trzydzieści.
– Nie, nie, niech będzie dwadzieścia pięć – szepnęła Guri.
To była niemal cała ich kasa podróżna.
– Gdzie ona będzie spać? – dopytywał się Ove.
– Przeznaczyłyśmy dla niej brunatny salon – odparła ciotka Gerd. – Nie mamy dodatkowej sypialni, a w brunatnym salonie stoi sporo mniej wartościowych mebli. Najwygodniej więc dla nas, żeby tam właśnie zamieszkała.
