
– Dzięki za punktualne przybycie – rzekł uprzejmie, rozcierając górną wargę. – Nie chciałbym się spóźnić na pogrzeb wuja. Ale, niestety, obawiam się, że pan, panie Reilly, nie będzie w nim uczestniczył.
Dokąd oni nas zabierają? To przerażające pytanie dręczyło Rositę, która, zgodnie ze wskazówkami C.B., skręciła w prawo w Dziewięćdziesiątą Szóstą i kierowała się w stronę Roosevelt Drive na północ. Widziała C.B. w recepcji domu pogrzebowego zaledwie wczoraj, a przedtem spotykała go kilkakrotnie w tym zakładzie, gdzie przychodził z wujem, który nieustannie zmieniał plany dotyczące ceremonii ostatniego pożegnania.
Wbrew grozie sytuacji uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie, jak Cuthbert Boniface Goodloe wstąpił do nich nie dalej jak miesiąc temu, aby oznajmić Luke’owi, że restauracja, którą wybrał na stypę po pogrzebie, została zamknięta przez Wydział Zdrowia. Wiozła wtedy pana Reilly’ego, Goodloe’a i C.B. do zajazdu „Przy Sadzie na Wzgórzu”, który jej pryncypał zaproponował w zastępstwie tamtego lokalu. Opowiadał jej później, że Goodloe starannie studiował menu, eliminując najbardziej kosztowne potrawy z listy dań dla przyszłych gości.
Tego dnia, jak zwykle zresztą, C.B. niemiłosiernie podlizywał się wujowi, co jednak najwyraźniej specjalnie mu nie pomogło. Salę, gdzie wystawiono zwłoki, wypełniła wczorajszego popołudnia grupa wstrząśniętych, a zarazem wdzięcznych członków Stowarzyszenia Nasiona-Sadzonki-Kwiaty-Drzewka Owocowe przy Ogrodzie Stanowym w New Jersey, znanych potocznie jako Kwieciści, których celem było zazielenić i ukwiecić każdy nadający się do tego zakątek w New Jersey
Czy C.B. oszalał? Czy jest niebezpieczny? I czego chce ode mnie i od pana Reilly’ego? Nad tym zastanawiała się Rosita, której palce, mimo rękawiczek, zaczynały lodowacieć.
