
– Jedź na most Waszyngtona – rozkazał C.B.
Przynajmniej wracamy do New Jersey, pomyślała Rosita. Zastanawiała się też nad tym, czy nie ma żadnej nadziei, żeby jakoś zaapelować do C.B. o uwolnienie.
– Panie Dingle, może pan o tym nie wie, ale ja mam dwóch małych synków, którzy mnie potrzebują – powiedziała cicho. – Jeden ma pięć, drugi sześć lat, a ojciec nie łoży na ich utrzymanie ani nawet się z nimi nie widuje od ponad roku.
– Mój ojciec też był denny – warknął C.B. – I nie nazywaj mnie panem Dingle. Nie znoszę tego nazwiska
Te słowa Petey dosłyszał.
– To głupie nazwisko – zgodził się. – Ale twoje pierwsze i drugie imię są nawet gorsze. Dzięki Bogu za twe inicjały
– Całe życie spędziłem na udawaniu, że podobają mi się te idiotyczne imiona – rzekł gniewnie C.B. – I co mam za to? Radę, jak robić karierę, i to daną na trzy sekundy, zanim stary wykitował.
– Przykro mi, C.B., naprawdę – odezwał się Luke stanowczym tonem ale twoje problemy nie mają nic wspólnego z nami. Dlaczego tu jesteśmy, a ściślej mówiąc, dlaczego ty i Petey znajdujecie się w moim samochodzie?
– Pozwolę sobie być odmiennego zdania… – zaczął C.B.
Przerwał mu Petey:
– Bardzo mi się to wyrażenie podoba, naprawdę. Czuje się klasę.
– Zamknij się, Petey – warknął C.B. – Mój problem jest bezpośrednio związany z panem, panie Reilly. Ale pana żona znajdzie milion sposobów, żeby go rozwiązać.
Znajdowali się w połowie mostu Waszyngtona.
– Petey, powiedz Rosie, gdzie ma skręcić. Znasz drogę lepiej niż ja.
– Zjedź wylotem na Fort Lee – poinstruował Petey. – Jedziemy na południe.
Piętnaście minut później samochód wjechał na wąską drogę, prowadzącą w kierunku rzeki Hudson. Rosicie zbierało się na płacz. Dojechali do pustego parkingu, położonego nieopodal brzegu rzeki, skąd roztaczał się widok na rysującą się na tle nieba sylwetę Manhattanu. Po lewej stronie widać było wysokie, szare przęsło mostu Waszyngtona. Wzmożony przedświąteczny ruch samochodów jadących w obu kierunkach i dwoma poziomami nieprzerwanym potokiem, jeszcze wzmagał w Rosicie poczucie odosobnienia. Nagle ogarnął ją paniczny strach na myśl, że plan C.B. i Peteya polega na zastrzeleniu zakładników i wrzuceniu ich ciał do rzeki.
