
– Wysiadajcie z samochodu – polecił C.B. – I pamiętajcie, że obaj mamy broń i wiemy, jak z niej robić użytek.
Petey trzymał rewolwer wycelowany w głowę Luke’a, gdy on i Rosita z ociąganiem opuszczali tak dobrze znane sobie miejsce. Petey zakręcił rewolwerem szybkiego młynka.
– Oglądałem nową wersję „Strzelca”, tam tak robią – wyjaśnił. – Naprawdę nabieram wprawy w kręceniu młynków.
Luke’a przeszły ciarki.
– Będę was prowadził – oznajmił C.B. – Musimy się śpieszyć. Mam pogrzeb na głowie.
Ponaglani do pośpiechu, szli wzdłuż brzegu rzeki, aż dotarli do opustoszałej przystani jachtowej, gdzie przy końcu wąskiego pomostu zacumowana była zniszczona łódź mieszkalna o zabitych deskami otworach okiennych. Kołysała się w górę i w dół w rytm uderzającej niespokojnie o jej boki wody. Dla Luke’a było oczywiste, że stara i zdezelowana łódź zanurzona jest w rzece niebezpiecznie głęboko.
– Spójrzcie na lód, który zaczyna się formować. Nie możecie wsadzić nas na to coś przy takiej pogodzie – zaprotestował.
– Letnią porą jest tu całkiem przyjemnie – zapewnił Petey. – Opiekuję się łodzią pod nieobecność faceta, który jest jej właścicielem. On spędza zimę w Arizonie. Czasem męczy go straszny artretyzm.
– Ale to nie lipiec – warknął Luke.
– Nieraz i w lipcu jest okropna pogoda – odparł Petey. – Kiedyś mieliśmy tu naprawdę straszną burzę i…
– Zamknij się, Petey – burknął zirytowany C.B. – Już ci mówiłem, za dużo gadasz.
– Ty byś też gadał, gdybyś malował mieszkania w samotności dwanaście godzin na dobę. Jak jestem z ludźmi, to lubię rozmawiać.
