
Dziesięć sekund później, z twarzą lśniącą od wilgoci, otwierała drzwi młodzieńcowi z zamówionym posiłkiem. Udawał, że nie zauważył, jak Regan wygląda, co było miłe; zresztą wykonując taką pracę, niejedno musiał widzieć. Gdy wręczyła mu sowity napiwek, odwdzięczył się jej promiennym uśmiechem.
Zaraz rozpakowała bajgiel i z filiżanką w ręce wykręciła numer telefonu szpitalnego pokoju matki. Przy matce powinna czuwać pielęgniarka, ale nikt nie odbierał telefonu. Pewnie dzwonek jest wyłączony, pomyślała, i wybrała numer pokoju pielęgniarek na parterze.
Wydawało jej się, że kilka minut czeka na odebranie telefonu przez pielęgniarkę matki. Wreszcie odezwał się przyjazny, rzeczowy i uspokajający głos Beverly Carter. Przyszła dzisiaj na swój dyżur rano, właśnie wtedy, gdy Regan miała wychodzić. Choć rozmawiały ze sobą krótko, Regan natychmiast poczuła sympatię do szczupłej czarnoskórej kobiety, mniej więcej czterdziestoletniej, którą doktor polecił jako jedną z najlepszych pielęgniarek, przyjmujących prywatne zlecenia.
– Cześć, Beverly. Jak się miewa moja mama?
– Od twego wyjścia śpi.
– Ja też spałam od wyjścia od niej – zaśmiała się Regan. – Jak się obudzi, powiedz jej, że dzwoniłam. Czy mój ojciec się odezwał?
– Do tej pory nie.
– To dziwne. Ale miał w planie pogrzeb. Zatelefonuję do niego. Powiedz mamie, że zawsze może zadzwonić do mnie na komórkę.
Następnie Regan połączyła się z domem pogrzebowym. Telefon odebrał Austin Grady, zastępca dowódcy w firmie „Szczątki Reilly’ego”, jak Regan i jej matka żartobliwie nazywały zakłady pogrzebowe ojca. Pierwsze słowa wypowiedział jak zwykle, odpowiednio modulowanym, przytłumionym głosem.
– Austin, mówi Regan.
Jego głos od razu zabrzmiał weselej.
Regan zawsze zadziwiało, w jaki sposób Austin potrafi tak szybko przełączać biegi, dostosowywać zachowanie do wymogów zawodu. Jak twierdził Luke, doskonale nadawał się do tego rodzaju pracy. Niczym chirurg był w stanie wyłączyć się i nie ulegać towarzyszącym owemu szczególnemu zajęciu emocjom.
