
Wtedy miałam sześćdziesiąt lat, a wydawało się, jakbym się zbliżała do siedemdziesiątki. Teraz mam sześćdziesiąt trzy i nikt nie dałby mi jednego dnia więcej niż pięćdziesiąt dziewięć, zapewniała się Alvirah w duchu, bardzo z siebie zadowolona. Jeśli natomiast chodzi o Willy’ego na fotografii, to mimo swego kupionego na wyprzedaży granatowego garnituru i nieciekawego krawata wyglądał przystojnie i dystyngowanie. Z burzą siwych włosów i żywymi, niebieskimi oczami, zawsze przypominał wszystkim zmarłego, legendarnego przewodniczącego Izby Reprezentantów, Tipa O’Neilla.
Biedny Willy, westchnęła. Co za pech, że poczuł się tak kiepsko. Każdemu trudno byłoby znieść myśl, że tuż przed świętami Bożego Narodzenia dopadnie go ból zęba. Ale doktor Jay się z tym upora. Największym błędem było zwrócenie się do innego dentysty, kiedy doktor Jay przeniósł się do New Jersey, dumała Alvirah. Tamten namówił Willy’ego na wstawienie implantu, choć poprzedni się nie sprawdził, a obecny wręcz go wykańczał. No cóż, może być gorzej, uprzytomniła sobie. Weźmy choćby to, co się przytrafiło Norze Regan Reilly.
Alvirah usłyszała przez radio, że autorka kryminałów, a w dodatku jej ulubiona pisarka, wczoraj wieczorem złamała nogę we własnym mieszkaniu, mieszczącym się w sąsiednim budynku. Zawadziła obcasem o frędzle dywanika. To samo, przypomniała sobie Alvirah, przytrafiło się babci. Tylko że babcia nie nosiła pantofli na obcasach. Nastąpiła na ulicy na wyzutą gumę, która przykleiła się do jej ortopedycznego buta i gdy potem frędzle dywanu przyczepiły się do podeszwy, staruszka rozciągnęła się jak długa na podłodze.
