Wszyscy serdecznie powitali Maris i wkrótce można było odnieść wrażenie, że to ona, a nie chuda blondynka, jest honorowym gościem. Poczęstowali ją winem, pomimo że była taka młoda, a potem opowiadali o lataniu; znała większość tych anegdot, ale nigdy dotąd nie słyszała ich z ust lotników. Kiedy wreszcie poczuła się dobrze w nowym towarzystwie, przestano ją darzyć szczególnymi względami i odtąd biesiada toczyła się jak zwykle.

Było to jednak dziwne, niezapomniane przyjęcie. Zwłaszcza jeden incydent głęboko utkwił w pamięci Maris. Kruk, jedyny lotnik ze Wschodu w tym gronie, wypił sporo alkoholu i gdy już nieźle sobie podchmielił, rzucił biesiadnikom wyzwanie.

— Nazywacie siebie lotnikami — rzekł zjadliwym tonem, który Maris miała na zawsze zapamiętać. — No, chodźcie ze mną. Ja wam pokażę, jak się lata.

Wszyscy uczestnicy imprezy opuścili bazę i udali się na najwyższą skałę Orlego Gniazda. Dwustumetrowa grań opadała ku ostrym niczym zęby skałom, które podmywała wzburzona kipiel morska. Kruk podszedł na samą krawędź, niosąc na plecach złożone skrzydła. Ostrożnie rozwinął trzy pierwsze złącza i wsunął ramiona do pętli. Jednak nie zablokował skrzydeł. Zawiasy nadal swobodnie się poruszały, a uwolnione rozpory zginały się do przodu i do tyłu zgodnie z ruchem jego ramion. Pozostałe rozpory trzymał złożone w dłoniach.

Maris zastanawiała się, co Kruk zamierza zrobić. Niebawem jej ciekawość została zaspokojona.

Mężczyzna puścił się pędem i skoczył ze stromej skały, tak daleko, jak mógł. Skrzydła miał ciągle złożone.



18 из 386