Manship nagle przypomniał sobie tę dziwaczną, skomplikowaną wieżę, nabitą szarymi dipolami anten, którą Wydział Fizyki wznosił na polu Murphy’ego. Z okna swego pokoju w Callahan Hall widział, jak rośnie owoc rządowego programu badań nad promieniowaniem.

Wczoraj, kiedy osiągnęła wysokość jego okna, pomyślał sobie, że zamiast współczesnego cudu telekomunikacji przypomina średniowieczną wieżę oblężniczą do burzenia murów.

Ale teraz, po tym jak Lirld wspomniał, iż jednostronna teleportacja nigdy dotąd się nie udała, zastanawiał się, czy ta nie ukończona wieża celująca elektronicznymi konstrukcjami prosto w okno jego sypialni nie była przypadkiem współodpowiedzialna za to koszmarne grzęzawisko snu na jawie, przez które się przedzierał.

Czy była jakimś niezbędnym ogniwem dla maszyny Lirlda, czymś w rodzaju anteny czy uziemienia, czy czego tam jeszcze? Gdyby tak choć trochę się znał na fizyce! Osiem lat w szkole nie wystarczało, żeby odpowiedzieć na najprostsze pytania.

Zgrzytnął zębami ze złości, trochę przesadził, bo przygryzł sobie język i musiał przerwać myślenie, póki nie minął ból i nie wyschły łzy.

A nawet gdyby wiedział na pewno, że ta wieża odegrała kluczową, choć bierną rolę w przeniesieniu go w Kosmos? Gdyby nawet wiedział, jaką odegrała rolę pod względem ilości megawoltów, amperów i tak dalej — czy ta wiedza byłaby do czegoś przydatna w jego niesamowitym położeniu?

Nie! Nadal byłby odrażającym, płaskookim, bezrozumnym potworem ściągniętym przypadkowo z najdalszych zakątków Wszechświata, otoczonym istotami, którym jego dogłębna znajomość mnóstwa literatur obiektu astronomicznego 649-301-3 wydałaby się najpewniej, założywszy, że nastąpiłby cud porozumienia, zwykłą paplaniną schizofrenika.



11 из 35