
Z rozpaczy szarpnął, nie licząc na wiele, materiał, w który był zawinięty. W palcach zostały mu dwa małe kawałki.
Było zbyt ciemno, żeby je zobaczyć dokładnie, ale dotyk nie kłamał. Papier? Był zawinięty w olbrzymią płachtę czegoś, co bardzo przypominało papier.
„Logiczne” — pomyślał. Na swój dziwaczny sposób to było nawet logiczne. Ponieważ kończyny widzianych dotąd flefnobów składały się wyłącznie z cienkich macek zakończonych oczami albo miękkimi stożkami i ponieważ potrzebowały czegoś w rodzaju pagórków na stole laboratoryjnym, żeby móc się przy nim usadowić, papierowa klatka z ich punktu widzenia rzeczywiście stanowiła barierę nie do przebycia. Mackami nie mogły niczego chwycić, a widocznie nie miały dość silnych mięśni, żeby wybić dziurę w papierze.
No, ale on miał. Nigdy nie uchodził za osiłka, ale wierzył, że w sytuacji stresowej uda mu się wydostać z papierowego worka. Była to pocieszająca myśl, choć w tej chwili równie mało użyteczna, co wspomnienie o wieży na polu Murphy’ego.
Gdyby mógł w jakiś sposób przekazać tę wiedzę grupce Lirlda. Może znaleźliby w tym swoim „Bezmyślnym Potworze z Kosmosu” jakieś przebłyski rozumu i wypracowaliby sposób odesłania go z powrotem. Gdyby tylko chcieli.
Ale nic nie mógł przekazać. Dla jakichś powodów, właściwych odległym drogom ewolucji człowieka i flefnoba, mógł być tylko odbiorcą. Więc były profesor nadzwyczajny Clyde Manship westchnął ciężko, po raz kolejny zwiesił markotnie ramiona i nastawił się na bierny odbiór.
Wygładził też z czułością fałdy piżamy, nie dlatego, że miał ukryte zapędy krawieckie, ale z powodu gryzącej tęsknoty. Nagle uświadomił sobie, że tania zielonkawa tkanina, skrojona według standardowego wzoru, była jedynym przedmiotem, który wziął ze swojej planety. Była to, można powiedzieć, jedyna pamiątka po cywilizacji, która wydała i okrutnego Tamerlana, i cudowną tercynę. Ta piżama stanowiła, poza jego własnym ciałem, ostatnie ogniwo łączące go z Ziemią.
