
Tak, rzeczywiście dzięki temu poczuł się dużo lepiej. Każdą najdrobniejszą informację, jaką posiadały te flefno-by, miał przed sobą jak na dłoni. Czego na przykład chciałby się dowiedzieć? Na początek, rzecz jasna.
Manship przypomniał sobie. Jego euforia zgasła jak przydeptana zapałka. Tylko jednej informacji pragnął, jednego chciał się dowiedzieć. Jak wrócić do domu!
Jedna z niewielu istot na tej planecie, być może jedyna, której myśli mogły mu pomóc, właśnie zmierzała wraz z ojcem w stronę miejscowego odpowiednika Mc Donalda. Sądząc po braku wiadomości na ten temat, Rabd właśnie przekroczył granicę skutecznego zasięgu telepatii.
Z chrapliwym, bolesnym, tęsknym jękiem, podobnym do ryku byka, który zaczepiwszy ofiarę rogami i przeleciawszy z rozpędu całą długość areny, odwraca się tylko po to, żeby zobaczyć, jak posługacze ściągają z piasku rannego matadora… z dokładnie takim, pełnym goryczy jękiem, Clyde Manship rozdarł oblepiający go materiał jednym silnym ruchem rąk i zeskoczył na powykręcany blat stołu.
— … siedem albo osiem planszy w jaskrawych kolorach, obrazujących historię teleportacji przed naszym eksperymentem. — Lirld właśnie dawał instrukcje swemu asystentowi. — Tak naprawdę Srin, gdybyś znalazł czas na zrobienie plansz trójwymiarowych, na Rabdzie wywarlibyśmy większe wrażenie. To jest wojna, Srin, i musimy używać wszelkich…
Myśli mu się urwały, bo jego badylaste oko zakręciło się do tyłu i spostrzegło Manshipa. W chwilę później komplet macek i profesora, i asystenta ze świstem przeciął powietrze i zastygł, drżąc lekko, skierowany na stojącego, uwolnionego z więzów człowieka.
— Święty, stężony Qrm! — Umysł profesora ledwie przekazał tę drżącą myśl. — Płaskooki potwór. Wydostał się na wolność!
