
— Z klatki z prawdziwego papieru! — dodał Srin z nabożnym podziwem.
Lirld otrząsnął się pierwszy.
— Miotacz — rzucił stanowczo. — Podaj mi miotacz, Srin. Kredyty kredytami, ale nie można ryzykować z tym stworzeniem. Jesteśmy w środku miasta. Jeśli raz się zacznie miotać… — Zadrżał na całej długości swej czarnej walizki. Szybko przełączył coś w pokrętnym instrumencie podanym mu przez Srina. Wycelował do Manshipa.
Wydostawszy się z papierowego worka, Manship przystanął niezdecydowany na blacie stołu. Nie będąc ani trochę człowiekiem czynu, stwierdził, że stoi przed poważnym problemem, mianowicie — w którą stronę się udać. Nie miał pojęcia, którędy poszli tatko i syn Glomg; co więcej, poczuł się zagubiony, nie widząc dokoła niczego podobnego do drzwi. Żałował, że nie zwrócił uwagi, przez jaki to otwór wszedł Rabd, gdy dołączył do ich wesołej gromadki.
Już prawie zdecydował się skierować w stronę zygzakowatych wcięć w przeciwległej ścianie, gdy kątem oka spostrzegł, jak Lirld celuje do niego z miotacza, choć drżenie macek zdradzało niefachowca. Umysł, który rejestrował ostatnią wymianę zdań gdzieś w zakątkach pamięci, nagle oświecił go, że za chwilę stanie się pierwszą, choć prawdopodobnie nie odnotowaną w kronikach ofiarą Wojny Światów.
— Hej! — wrzasnął, zapominając o znikomych możliwościach wzajemnej komunikacji. — Ja tylko chcę poszukać Rabda! Nie będę się nigdzie miotał…
Lirld zrobił ze swoim narzędziem coś, co przypominało nakręcanie zegara, ale prawdopodobnie odpowiadało naciskaniu spustu. Jednocześnie zamknął wszystkie oczy — wca-łe niebagatelna sztuka.
Temu właśnie, co Clyde Manship uświadomił sobie później, gdy czas i miejsce bardziej sprzyjały rozmyślaniom, zawdzięczał życie. Temu i fantastycznemu susowi w bok w chwili, gdy miriady czerwonych kropek z trzaskiem pruły w jego stronę.
Czerwone punkciki musnęły jego bluzę od piżamy i uderzyły w niższy łuk podtrzymujący sufit. Bez jednego dźwięku pojawiła się w murze metrowej szerokości dziura. Była na tyle głęboka, że dojrzał nocne, gwiaździste niebo. Gęsty tuman białego pyłu opadł, jak z dawno nie trzepanego dywanu.
