
Gapiąc się na ten tuman, Manship poczuł, jak mikroskopijne lodowce spływają mu do serca. Żołądek rozpłaszczył się na ścianie jamy brzusznej i próbował ukradkiem skoczyć między żebra. W życiu jeszcze nie czuł takiego obezwładniającego strachu.
— He-e-e-ej… — zaczął.
— Trochę za dużo mocy, profesorze — rozsądnie zauważył Srin z miejsca, gdzie spoczął z mackami przyciśniętymi do ściany. — Trochę za dużo mocy, a za mało glrnk. Proszę wziąć więcej glrnk, a zobaczymy, co się stanie.
— Dzięki — odetchnął Lirld. — To znaczy, tak jak teraz? Jeszcze raz podniósł i wycelował urządzenie.
— Hej-j-j! — kontynuował Manship tym samym tonem, nie dlatego, że uznał efekty tego stwierdzenia za szczególnie korzystne, ale po prostu zabrakło mu zdolności twórczych do wymyślenia bardziej skomplikowanej wypowiedzi. — Hej-j-j! — powtórzył, szczękając zębami i wytrzeszczając na Lirlda wcale nie tak płaskie oczy.
Podniósł drżącą rękę w ostrzegawczym geście. Trwoga krążyła po jego ciele, jak zła wiadomość po stadzie małp. Widział, jak flefnob znów w szczególny sposób nakręca spust. Myśli umknęły mu z głowy, a każdy mięsień naprężał się do ostatnich granic.
Nagle Lirld zatrząsł się. Ześlizgnął się po błacie stołu. Broń wysunęła się z jego zesztywniałych macek i rozpadła się na podłodze w mnóstwo poskręcanych drutów.
— Srin! — zaskowyczał jego mózg — Srin! Ten potwór…Wi… widzisz to, co wychodzi z jego oczu? On jest… on jest…
Jego ciało pękło i bladobłękitna masa wylała się na zewnątrz. Macki odpadły od tułowia jak liście gnane jesiennym wichrem. Oczy pokrywające korpus zmieniły barwę z błękitnej na brunatną.
— Srin! — błagał nikłymi resztkami świadomości. — Pomocy… ten płaskooki potwór jest… pomocy… pomocy!
