Po chwili rozpuścił się. W jego miejscu został tylko ciemny płyn z pasemkami błękitu, który bulgocząc skapy-wał z brzegu stołu.

Manship gapił się na niego, nic nie rozumiejąc, świadomy tylko jednego — że jeszcze żyje.

Fala dzikiego, panicznego strachu dosięgła go z mózgu Srina. Asystent odskoczył od ściany, pod którą się kurczył, ze świstem macek przemknął po stole, zwolnił na chwilę przy gałkach na jego obrzeżach, żeby zmienić kierunek, i olbrzymim łukiem rzucił się pod przeciwległą ścianę. Zygzakowate wcięcia poszerzyły się na podobieństwo błyskawicy i przepuściły jego ciało.

Więc to jednak były drzwi. Manship poczuł zadowolenie, że prawidłowo odgadł. Nie mając wiele danych — nieźle, całkiem nieźle.

W tym momencie do różnych części jego mózgu dotarło wreszcie, co się stało, i zaczął trząść się od szoku. Byłby już martwy. Kawałek pokrwawionego mięsa i sproszkowanej kości. Co się stało?

Lirld za pierwszym razem wystrzelił do niego i chybił. I kiedy już miał strzelić powtórnie, coś poraziło flefnoba, zupełnie jak Asyryjczyków w tamtych czasach, kiedy spadali na Izrael niczym wilki na trzodę. Ale co? Manship nie miał żadnej broni. Na ile się orientował, nie miał tu żadnych sojuszników. Rozglądał się po wielkiej, łukowato zwieńczonej sali. Cisza. Nic się nie ruszało, nie było tu nikogo poza nim.

Zaraz, co to profesor telepatycznie krzyczał, zanim się rozgotował? Coś o oczach Manshipa? Że coś wychodzi z oczu Ziemianina?

Łamiąc sobie nad tym głowę, mimo ogromnej ulgi, że udało mu się przeżyć, nie mógł nie żałować śmierci Lirlda. Może w wyniku solidarności zawodowej ten flefnob był jedynym przedstawicielem swego gatunku, do którego Mans-hip czuł odrobinę sympatii. Czuł się teraz bardziej samotny i w jakiś niejasny sposób trochę winny.

Różne myśli tłukące mu się po głowie gwałtownie ustąpiły miejsca bardzo ważnemu spostrzeżeniu.



21 из 35