Dobrze, ale nie przybył tu, żeby zajmować się socjologią pozaziemską. Katar i ból głowy nieomylnie wskazywały, że jest bliski przeziębienia. Nie tylko nogi miał mokre w tej nasiąkniętej wodą atmosferze; piżama kleiła mu się do skóry, a co jakiś czas oczy zachodziły parą i musiał przecierać je wierzchem dłoni.

Co więcej, choć jeszcze nie był głodny, jednak od swego przybycia nie tylko nie widział nic, co by przypominało ludzkie wiktuały, ale na dodatek nic nie świadczyło, jakoby flefnoby miały usta, a co dopiero żołądki.

Może odżywiały się przez skórę, można powiedzieć: nasiąkały jedzeniem z tych różnokolorowych strumieni obiegających całe miasto. Czerwone to było mięso, zielone — jarzyny, a na deser…

Zacisnął pięści i otrząsnął się z marzeń. — „Nie ma czasu na filozoficzne gierki — rzekł do siebie wściekle. — Za kilka zaledwie godzin będzie ci się chciało jeść i pić. Poza tym wszyscy będą cię szukać. Trzeba się wziąć do roboty, coś wymyślić!”

Tylko co? Na szczęście ulica obok laboratorium Lirlda była pusta. Może flefnoby bały się ciemności? Może wszystkie były poczciwymi, godnymi szacunku domatorami i bez wyjątku wtaczały się wieczorem do łóżek, żeby przespać okres mroku? Może…

Rabd. Musi znaleźć Rabda. To był początek i koniec jednego sensownego rozwiązania, do jakiego doszedł od momentu, gdy zmaterializował się na stole profesora Lirlda.

Rabd.

Spróbował „posłuchać” umysłem. Różnorodne, błędne myśli okolicznych mieszkańców zaczęły przelewać się przez jego głowę.

— Dobrze kochanie, już dobrze. Jak nie chcesz gadlować, to nie musisz gadlować. Zrobimy coś innego…



23 из 35