— Ten nadęty Bohrg! Ale ja mu jutro pokażę…

— Nie masz trzech zamszkinów do pletu? Muszę przesłać międzymiastową…

— Bohrg się jutro wtoczy, niczego się nie będzie spodziewał. Ale się zdziwi…

— Podobasz mi się, Nernt, bardzo mi się podobasz. I właśnie dlatego uważam, że powinnam ci powiedzieć, ale tak jak przyjacielowi, rozumiesz…

— Nie, kochanie, nie chciałem przez to powiedzieć, że nie chcę gadlować. Myślałem, że to ty nie chcesz. Chciałem być wyrozumiały, przecież zawsze mówisz, że mam być wyrozumiały. Jasne, że chcę gadlować. No, proszę, nie patrz tak na mnie…

— Słuchaj no. Dam radę każdemu flefnobowi…

— Prawdę mówiąc, Nernt, chyba jeszcze tylko ty nie wiesz. Bo już wszyscy…

— I co, strach cię obleciał? Dobra, walczymy jeden na jednego. Chodź, no chodź, mówię…

Ani śladu Rabda. Manship zaczął iść ostrożnie wykładaną kamieniami ulicą brodząc wśród strumyków.

Przeszedł zbyt blisko ściany mrocznego budynku. Natychmiast zygzakowate drzwi rozwarły się zapraszająco. Zawahał się przez chwilę, po czym przekroczył próg.

Tu też nie było nikogo. Czyżby flefnoby spały w jakiejś centralnej budowli, czymś w rodzaju internatu? Czy w ogóle spały? Trzeba się dostroić do czyjegoś mózgu i zbadać sprawę. To może być potrzebne.

Ten budynek wyglądał na magazyn, był pełen półek. Jednak ściany były puste; flefnoby chyba miały jakieś uprzedzenie, żeby nie stawiać nic pod ścianą. Półki ustawiono jedna na drugiej aż pod sufit i znów wszystkie miały kształty nieregularne.

Manship podszedł do jednej, która sięgała mu do ramion. Dziesiątki pękatych, zielonych kulek leżały w białych porcelanowych filiżankach. Jedzenie? Niewykluczone. Wyglądały na jadalne, niczym małe melony.

Wziął jedną kulkę do ręki. Natychmiast rozłożyła skrzydła i pofrunęła pod sufit. Wszystkie pozostałe zielone kulki na wszystkich półkach rozłożyły takie same liczne skrzydełka i pofrunęły, niczym ptaki, którym zniszczono gniazda. Gdy dotarły do kopulastego stropu, wszystkie gdzieś zniknęły.



24 из 35