Czegóż by nie oddał za to, aby znowu być profesorem Uniwersytetu Kelly, a nie płaskookim potworem grasującym, cały czas wbrew własnej woli, po metropolii obcych istot!

Zaczął się zastanawiać nad tą dziwaczną bronią, którą rzekomo posiadał. Co oznaczały te wszystkie bzdury o promieniach wysokiej częstotliwości strzelających z jego oczu? Nie zauważył, żeby czymkolwiek strzelał, a czuł, że jeśli wszyscy to widzieli, to i on powinien. A jednak Lirld właśnie coś takiego mówił, zanim się rozgotował.

Czy to możliwe, że mózg ludzki wysyła jakiś produkt uboczny, widziany tylko przez flefnobów i w dodatku wysoce dla nich szkodliwy?

W końcu przecież on potrafił się dostroić do umysłów flefnobów, a oni do jego nie mogli. Niewykluczone, że swoją umysłową obecność mógł zaznaczyć tylko za pomocą jakiegoś gwałtownego strumienia myśli, który dosłownie rozrywał ich ciała.

Ale najwyraźniej nie mógł go do woli włączać i wyłączać, bo przecież nie zrobił najmniejszej krzywdy Lirldowi, kiedy ten wystrzelił po raz pierwszy.

Nagle dotarły do niego nowe fale drżących z podniecenia myśli. Dochodziły gdzieś z ulicy.

Przybywał Rabd ze swoim oddziałem.

— Wy trzej tędy — rozkazywał młody flefnob. — Patrole złożone z dwóch flefnobów sprawdzą obie strony tej ulicy. Nie traćcie czasu na szukanie w budynkach. Ten potwór na pewno będzie czyhał gdzieś w ciemnej ulicy, czekając na nowe ofiary… Tanj, Zogt i Lewv — pójdziecie ze mną. Tylko na czubkach macek — to coś w szale może być niebezpieczne. I pamiętajcie, że musimy go rozwalić, zanim się rozmnoży. Pomyślcie, jak wyglądalaby ta planeta, gdyby kilkaset takich potworów zaczęło na niej grasować!

Manship w duchu odetchnął z ulgą. Jeśli chcą go szukać na ulicy, to ma trochę czasu.

Skupił swoje myśli na Rabdzie.



27 из 35