
Całkiem nieźle jak na pękatego profesorka literaturoznawstwa, który do tej pory wiedział o telepatii tyle, co o polowaniu na lwy afrykańskie! Ale może… może cała sprawa polegała na braku świadomości; może umysł ludzki jest od dzieciństwa zdolny do czegoś w rodzaju ukrytej, nieświadomej telepatii i gdy napotkał istoty w rodzaju flefno-bów, wychodziły na jaw jego utajone możliwości?
To by tłumaczyło szybkie nabycie tej umiejętności przypominającej nagłe odkrycie, że można napisać całe wyrazy i zdania po miesiącach ćwiczenia wyłącznie bezsensownych kombinacji liter według ustalonej kolejności alfabetycznej.
Rzeczywiście ciekawe, ale te akurat rozmyślania to nie była jego specjalność, ani jego zmartwienie. W każdym razie nie dzisiaj.
W tej chwili musiał jakoś wymknąć się z tego budynku i nie zauważony przez tłum flefnobów-ochotników szybko dotrzeć, gdzie trzeba. Niedługo pewnie wezwą wojsko, żeby zajęło się takim złośliwym draniem jak on…
Wysunął się ze swej kryjówki i ruszył w stronę ściany. Zygzakowate drzwi otworzyły się. Przestąpił próg i… padł jak długi, zaczepiwszy nogą o czarną, pełną macek walizkę, która widocznie chciała wejść do środka.
Flefnob szybko oprzytomniał. Jeszcze leżąc, wycelował ze swej spiralnej broni do Manshipa i zaczął ją nakręcać. Znów Ziemianin zesztywniał ze strachu; już raz widział, co takie niby nic potrafi. Dać się zabić teraz, po tylu trudach…
I znów flefnob zadrżał i wydał w myślach bolesny jęk:
— Płaskooki potwór… znalazłem go… jego oczy… oczy. Zogt, Rabd, pomocy! JEGO OCZY…
Nic nie zostało, tylko jedna czy dwie skręcone macki i kałuża cieczy bulgocząca w zagłębieniu pod ścianą. Mans-hip dał drapaka, nie oglądając się za siebie.
Potok czerwonych kropek terkocząc przeleciał nad jego ramieniem i usunął kopułę z budynku przed nim. Manship skręcił za róg i przyspieszył kroku. Słysząc za plecami cichnące telepatyczne krzyki, z ulgą stwierdził, że nogi biegną szybciej od macek.
