
Manship poczekał, aż zamkną się drzwi wejściowe, po czym wspiął się po stromych, podobnych do drabiny, lecz spiralnych schodach do sterowni. Usadowił się dość niewygodnie przed główną tablicą rozdzielczą i zabrał się do pracy.
Wciskanie palcami przycisków zaprojektowanych dla macek sprawiało pewne trudności, ale nie miał wyboru. „W celu rozgrzania silników napędu Bulvonna…” Ostrożnie, bardzo ostrożnie obrócił trzy górne cylindry o trzysta sześćdziesiąt stopni. Potem, gdy na prostokątnym ekranie po lewej zaczęły się pojawiać czerwono-białe pasy, szarpnął dużą gałką wystającą z podłogi. Na zewnątrz z wyciem odpaliły silniki. Pracował niemal bez udziału świadomości, pozwalając pamięci przejąć kontrolę nad rękami. Zupełnie jak gdyby to sam Rabd uruchamiał statek.
Kilka sekund później oderwał się od planety i poleciał w Kosmos.
Przełączył się na napęd międzygwiezdny, nastawił automatycznego pilota na obiekt astronomiczny 649-301-3 i rozsiadł się na podłodze. Nie było nic do roboty do chwili lądowania. W tym względzie miał pewne obawy, ale jak na razie wszystko tak dobrze szło, że czuł się niemal gwiazdowym wygą. „Manship Złota Rączka” — uśmiechnął się w duchu z zadowoleniem.
Zgodnie z obliczeniami znalezionymi w podświadomości Rabda, powinien dotrzeć do Ziemi — przy maksymalnym ciągu napędu Bulvonna — za jakieś dziesięć do dwunastu godzin. Będzie więcej niż trochę głodny do tego czasu, ale… Jaką zrobi sensację! Chyba nawet większą niż na planecie flefnobów. Płaskooki potwór strzelający promieniem wysokiej częstotliwości…
Co to był ten promień? Wszystko, co czuł za każdym razem, gdy flefnob rozpuszczał się pod jego spojrzeniem, to był zwykły strach. Był śmiertelnie przerażony, że miotacz rozerwie go na kawałki i w wyniku tego strachu najwyraźniej coś z siebie wyrzucał, i to coś zabójczego, jeśli sądzić po rezultatach.
