
— Srin, możesz wyłączyć zasilanie — zreflektował się profesor Lirld. — Nie ma sensu marnować energii. Sądzę, że dotarła już cała niezbędna część tej istoty. Jeśli jeszcze ma się coś zmaterializować, wystarczy promień szczątkowy.
Flefnob po lewej ręce Manshipa szybko obrócił dziwny owalny przedmiot trzymany w mackach. Niski szum, który rozlegał się w pomieszczeniu i na który Manship właściwie nie zwracał uwagi, ucichł w oddali. Gdy Srin wpatrywał się w tańczące na powierzchni instrumentu plamki światła, Manship nagle odgadł, że są to wskazania woltomierza. Tak jest, cóż by innego, wskazania woltomierza. „Dobrze, ale skąd ja o tym wiem?” — pomyślał.
No jasne. Była tylko jedna odpowiedź. Skoro nie słyszeli go, choćby nie wiadomo jak krzyczał, skoro nawet nie reagowali na dźwięk jego głosu i skoro jednocześnie pozwalali sobie na mało prawdopodobną sztukę mówienia w jego rodzimym języku — najwyraźniej byli telepatami. Bez narządów przypominających usta czy uszy.
Poczekał, aż Srin zada swemu przełożonemu pytanie. W jego uszach brzmiało to w formie słów wypowiedzianych ludzkim, dźwięcznym głosem. Ale jednak dostrzegał różnicę. Brakowało tego czegoś, tego smaczku, jaki ma świeże jabłko, a którego brakuje sztucznie aromatyzowanym sokom. A za zasłoną słów Srina kryły się nisko mruczane inne słowa, nie uporządkowane, fragmenty zdań, które od czasu do czasu stawały się „słyszalne”, żeby wyjaśnić coś, o czym nie wspomniano w „konwersacji”. Manship uświadomił sobie, że właśnie w ten sposób dowiedział się, do czego służą plamy światła biegnące po powierzchni tej kuli.
Równie oczywiste było, że gdy tylko wspominali o czymś, co nie miało odpowiednika w ludzkim języku, jego umysł wstawiał w to miejsce bezsensowny dźwięk.
Nieźle jak na razie. Jakaś telepatyzująca walizka o dziwacznym imieniu Lirld, wyposażona w mnóstwo oczu i macek, brutalnie wyrwała go z ciepłego łóżka w Callahan Hall. Zassało go na jakąś planetę w zupełnie innym systemie słonecznym blisko centrum Galaktyki, ubranego wyłącznie w groszkową piżamę.
