
Znalazł się na planecie telepatów, którzy nie mogli go usłyszeć, ale których on z łatwością mógł podsłuchiwać, bo widocznie jego mózg był dostatecznie czułą anteną. Wkrótce miano go poddać „dokładnemu badaniu”, która to perspektywa wcale mu się nie uśmiechała, zważywszy, że najwyraźniej traktowano go jak monstrualnego laboratoryjnego zwierza. Wreszcie pogardzano nim, głównie dlatego, że za cholerę nie mógł pmbffować.
Przemyślawszy to, Clyde Manship uznał, że czas już dać im odczuć swą obecność. Dać im do zrozumienia, że zdecydowanie nie jest niższą formą życia, ale, jak to się mówi, jest swój chłop. Że on też należy do klubu władców materii i że pochodzi z rodziny o bogatych tradycjach IQ.
Tylko jak?
Z zakamarków pamięci wypłynęły wspomnienia powieści przygodowych czytanych w dzieciństwie. Odkrywcy lądują na nieznanej wyspie. Tubylcy, uzbrojeni w najróżniejsze włócznie, maczugi i kamienie, wybiegają na ich widok z dżungli, wyjąc bez wątpienia coś o palu tortur. Odkrywcy, których oblał dość chłodny pot, ponieważ nie znają miejscowego języka, muszą szybko coś zrobić. Więc naturalnie uciekają się do… do czego?… do uniwersalnego języka znaków! Język znaków. Wszyscy go znają!
Wciąż siedząc Clyde Manship uniósł ramiona nad głową.
— Ja przyjaciel — zaczął. — Ja przybywać w pokoju. — Nie oczekiwał, że te słowa do nich dotrą, ale możliwe, że samo ich wypowiadanie wesprze go psychicznie i nada jego gestom więcej autentyczności.
— … może też wyłączyć aparat zapisujący — profesor Lirld instruował swego asystenta. — Od tej chwili wszystko pójdzie na podwójny wymiar pamięci.
Srin znów odwrócił swoją kulę.
— Może zmienić wilgotność, panie profesorze? Sądząc po wysuszeniu skóry, ta istota chyba pochodzi z klimatu pustynnego.
— Niekoniecznie. Podejrzewam, że jest to jedna z tych form prymitywnych, które mogą przeżyć w każdym środowisku. Ten gatunek nawet świetnie sobie radzi. Trzeba przyznać, Srin, że jak na razie możemy być zadowoleni z wyników eksperymentu.
