– Postaram się – odparłem znużony, ale mnie nie słuchał.

– Najpierw cię kupują, a potem szantażują – powiedział z rozpaczliwą mocą, na jaką zdobywają się bardzo pijani.

– Kto?

– Nie wiem… Nie zaprzedawaj… nie zaprzedawaj swojej rubryki.

– Nie zaprzedam – odparłem, wzdychając.

– Ja nie żartuję. – Przysunął twarz jeszcze bliżej. – Nie zaprzedawaj swojej rubryki, pamiętaj.

– Bert… A ty?

Zamknął się w sobie. Odkleił się ode mnie i znów zaczął się kołysać. Mrugnął do mnie karykaturalnie, wykrzywiając całą twarz.

– To moja rada – powiedział, kiwając głową. Obrócił się na miękkich nogach i zataczając się na boki, ruszył przez hall do wind. W windzie odwrócił się i stał przez chwilę pod lampą, z piersiówką w zaciśniętej kurczowo ręce, powtarzając w kółko: – To moja rada. To moja rada.

Drzwi windy zasunęły się ciężko, zasłaniając go. Nie bardzo wiedząc, co o tym wszystkim sądzić, wzruszyłem ramionami i zawróciłem do redakcji „Famy”. Po drodze wstąpiłem do zakładu usługowego, żeby dowiedzieć się, czy mechanicy naprawili mi już maszynę do pisania. Nie naprawili. Kazali zadzwonić w poniedziałek.

Kiedy wyszedłem od nich na ulicę, jakaś kobieta przeraźliwie krzyczała.

Ludzie odwracali głowy. Ostry, rozdzierający krzyk przeszywał powietrze, zagłuszając wizg opon i jazgot samochodowych klaksonów. Tak jak wszyscy szukałem wzrokiem przyczyny.

Kilkadziesiąt kroków ode mnie rósł szybko tłumek gapiów. Pomyślałem sobie, że gdzie jak gdzie, ate tutaj w ciągu kilku sekund zbiegnie się tabun etatowych reporterów prasowych. Jednak zawróciłem. Zawróciłem do drzwi frontowych gazety Berta i zrobiłem jeszcze kilka kroków.

Na chodniku leżał Bert. Z całą pewnością nie żył. Wokół niego na płytach chodnikowych lśniły rozpryśnięte odłamki piersiówki, a ostra woń rozlanego alkoholu mieszała się nieprzyjemnie z wszechobecnym smrodem spalin.



10 из 224