
– Wypadł, wypadł! – wrzeszczała kobieta bliska histerii.
– Wypadł! Widziałam! Stamtąd! Wypadł!
Mocno wstrząśnięty Jan Łukasz powtórzył kilka razy „cholera”, a Derry wytrząsnął na biurko całe pudełko spinaczy i z roztargnieniem chował je po jednym z powrotem.
– Jesteś pewien, że nie żył? – spytał.
– Miał pokój na siódmym piętrze.
– Tak. – Derry potrząsnął głową z niedowierzaniem.
– Biedaczysko.
Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Nie wypada źle mówić o zmarłych.
Wyglądając przez okno redakcji, Jan Łukasz spojrzał w głąb ulicy. Ciało Berta dyskretnie uprzątnięto. Płyty zmyto wodą. Niczego nieświadomi przechodnie deptali skrawek chodnika, na którym skonał.
– Upił się – rzekł Jan Łukasz. – Gorzej niż zwykle. Wraz z Derrym zabrał się chaotycznie do popołudniowych zajęć. Naczelny zatwierdził mi tekst, więc nie miałem obowiązku zostawać tu dłużej, ale wałęsałem się po redakcji jeszcze ze dwie godziny, nie mogąc się zmobilizować do odejścia.
W redakcji Berta mówiono, że wrócił z obiadu pijany w sztok i zwyczajnie wypadł przez okno. Dwie sekretarki widziały go, jak pił whisky wprost z butelki, potem nagle zatoczył się na okno, które otwarło się na oścież, i runął przez nie. Dolna framuga znajdowała się na wysokości bioder. To żadna przeszkoda dla kogoś tak pijanego jak Bert.
Przypomniało mi się jakim desperackim tonem udzielił mi swojej rady.
I to mi dało do myślenia.
ROZDZIAŁ DRUGI
Dziewczyna, która otworzyła mi elżbietańskie drzwi domu maklera giełdowego w Virginia Water, robiła duże wrażenie. Po pierwsze, figurą. Po drugie, elegancją. Po trzecie, cerą. Miała skórę koloru grzanki z miodem, duże piwne oczy i połyskliwe, sprężyste włosy, które spływały jej do ramion ciemną falą. Lekko spłaszczony nos i takież wargi uwydatniały krajobraz jej urody, na który złożyły się geny rasy czarnej i białej, by wspólnie stworzyć wspaniałe dzieło.
