Miałem dość czekania na radę, która ani rusz nie chciała się oblec w słowa. Znów mżyło. Wziąłem go pod rękę, żeby podprowadzić go jeszcze te kilkadziesiąt kroków, jakie dzieliło nas od ozdobnych drzwi jego gazety. Zaparł się i ani drgnął.

– Słynne ostatnie słowa – powiedział.

– Czyje?

– Moje, a kogóż by innego. Słynne ostatnie słowa. Dam ci radę.

– A jakże – odparłem z westchnieniem. – Przemokniemy.

– Nie jestem pijany.

– Skądże znowu.

– W każdej chwili mogę napisać swój artykuł. Choćby zaraz.

– Tak, tak.

Wtem ruszył chwiejnym krokiem i dobiliśmy do drzwi jego gazety. Już tylko trzy stopnie dzieliły go od bezpiecznej przystani.

Stał w progu kołysząc się niepewnie. Po jego wyblakłych niebieskich oczach widać było, że sili się, żeby wytrzeźwieć, ale nie miał na to szans.

– Jeżeli ktoś się do ciebie zwróci, nie rób tego – powiedział wreszcie.

– Czego nie mam robić?

Po jego bladej mięsistej twarzy przemknął lęk. Na nosie widać było otwarte pory, a szczęki porastał sztywny, czarny zarost milimetrowej długości. Wepchnął rękę do kieszeni marynarki i obawę na jego twarzy zastąpił wyraz ulgi, kiedy wyciągnął dłoń zaciśniętą na piersiówce whisky.

– Przestraszyłem się, że ją zostawiłem – wymamrotał.

– No, to do zobaczenia, Bert.

– Nie zapomnij – powiedział. – Tej rady.

– Dobrze – obiecałem zbierając się do odejścia.

Ty?

Miałem go dosyć. Co?

– Ty byś do tego nie dopuścił, wiem, że nie… ale czasem to właśnie ci silni dostają najgorsze baty… na ringu, oczywiście… nie wiedzą, kiedy oberwali dość…

Pochylił się raptownie i chwycił mnie za poły płaszcza. Opary whisky wpełzły mi do nosa, a przez wilgotne powietrze docierał do mnie jego gorący oddech.

– Zawsze jesteś bez grosza przez tę swoją żonę. Jan Łukasz mi powiedział. Zawsze cholera bez pieniędzy. Więc nie rób tego… nie zaprzedawaj swojej wyścigowej duszy…



9 из 224