
– Dzień dobry – powiedziałem. – Nazywam się James Tyrone. Dzwoniłem…
– Proszę wejść – przerwała mi, kiwając głową. – Harry i Sara przyjdą lada chwila.
– Czyżby grali jeszcze w golfa?
– Mm – zaprzeczyła i obracając się z lekkim uśmiechem, zaprosiła mnie gestem do środka. – Myślę, że kończą właśnie lunch.
Była za dwadzieścia pięć czwarta. Lunch? Czemu nie.
Zaprowadziła mnie po wyfroterowanym do połysku parkiecie przez hall, który przyozdabiały wykwintne bukiety i stojak na parasole wykończony ćwiekowaną skórą, do saloniku z perkalowymi zasłonami i chryzantemami. Wszystkie okna w tym domu wypełniały gęstym wzorem oprawne w ołów romboidalne szybki, co miało być może jakiś sens
19w czasach, kiedy szkło produkowano w niewielkich kawałkach, które trzeba było łączyć ze sobą, zeby znalazły jakieś zastosowanie. Okna te, będące współczesną imitacją elżbietańskich, wpuszczały mniej światła, zasłaniały widok i z pewnością doprowadzały do wściekłości tych, co je czyścili. Harry i Sara zdecydowali się też na odsłonięte belki stropowe z ciemnego dębu z mechanicznie podrobionymi śladami dłuta. Ostro kontrastował z tym wszystkim – jedyny obraz, jaki wisiał na gładkich kremowych ścianach – nowoczesna olejna impresja przedstawiająca jakąś kosmiczną eksplozję, z widocznymi śladami pacnięć pędzla.
– Proszę usiąść – powiedziała wskazując powabną ręką obłożoną poduszkami kanapę. – Napije się pan?
– Nie, dziękuję.
– A więc to nieprawda, że dziennikarze piją od rana do wieczora?
– Jeżeli się pije i pisze jednocześnie, to efekt jest nieszczególny.
– Tak przypuszczam – rzekła. – Dylan Thomas powiedział, że tylko na trzeźwo udaje mu się stworzyć coś dobrego.
– To inna klasa odparłem z uśmiechem.
– Ale zasada ta sama.
– Jak najbardziej.
Z głową przechyloną lekko na bok długo taksowała mnie wzrokiem. Zielona sukienka spowijała nieruchomymi fałdami jej smukłe ciało. Fantastyczne nogi w najmodniejszych pończochach wsunięte były w lśniące zielone buciki ze złotymi sprzączkami, a jedyny dodatek do tego stroju stanowił złoty zegarek z szerokim paskiem, który nosiła na lewej ręce.
