
– Zapamięta mnie pan – powiedziała.
Skinąłem głową. Jej ciało, obleczone w zieloną sukienkę, poruszyło się ledwo uchwytnie.
– I ja pana zapamiętam – dodała wolno, nadając temu zdaniu szczególny sens.
Jej głos, mimikę twarzy i gesty cechował niewzruszony spokój. Być może przywidziało mi się tylko, że przeskoczyła między nami iskra zmysłowości. Następna jej kwestia z pewnością nie kryła żadnego podtekstu i nie stanowiła zachęty.
– Pan naprawdę lubi konie? – spytała. Tak, lubię – odparłem.
– Pół roku temu przysięgłabym, że w życiu nie wybiorę się na wyścigi.
– Ale teraz już pani chodzi?
– Z chwilą kiedy Harry wygrał Egocentryka na tej loterii, życie w naszej głuszy odmieniło się.
Właśnie o tym chciałbym napisać – powiedziałem.
Wyjaśniłem następnie, że sprowadził mnie do tego domu artykuł dla „Lakmusa”. Gonitwa o Puchar Latarnika, wywiad środowiskowy itd. Akurat w tym momencie wybrani przeze mnie nietypowi właściciele konia wyścigowego, Harry i Sara Huntersonowie, wrócili do domu po niedzielnym lunchu w klubie golfowym, przynosząc ze sobą powiew świeżego powietrza, zmieszanego z dymem kosztownych cygar i zapachem nie przetrawionego do końca dżinu.
Pan Hunterson, potężnej postury sześćdziesięciolatek o niedźwiedzim uroku, wyglądał na człowieka nawykłego do rozkazywania i zaprzysięgłego konserwatystę. Domyślałem się, że czytuje „Telegraph” i jeździ dużym jaguarem. Z automatyczną skrzynią biegów, ma się rozumieć. Serdecznie uścisnął mi rękę i wyraził swoje zadowolenie, że jego siostrzenica się mną zajęła.
Tak, dziękuję – powiedziałem.
Gail, kochanie, nie dałaś panu Tyrone’owi nic do picia upomniała ją ciotka. Bo nie chciał.
Obie panie odnosiły się do siebie z chłodną uprzejmością, rozmawiając ugrzecznionym tonem.
