
Przeprowadzenie wywiadu z jej mężem okazało się łatwe, bo zaliczył tego dnia dziewiętnaście dołków.
– Ten los loteryjny kupiłem na potańcówce w klubie golfowym – powiedział. – Sprzedawał je jakiś gość, znajomy znajomego, no i dałem mu za niego funta. Wie pan, jak to jest na potańcówce. Powiedział, że to na cele dobroczynne. Pomyślałem, że funt to trochę za dużo jak na los loteryjny, nawet jeśli w grę wchodzi koń. A ja przecież wcale nie chciałem konia. Aż tu raptem, diabli nadali, wygrywam go. To dopiero kłopot, co? Ni stąd, ni zowąd posiąść konia, którego się nie umie dosiąść.
Roześmiał się, oczekując, że ten żarcik zostanie odpowiednio nagrodzony.
Nie zawiodłem go. Pani Hunterson i Gail miały miny świadczące, iż tyle razy już słyszały o tym posiadaniu i dosiadaniu, że teraz przy każdej powtórce zgrzytały zębami.
– Czy mógłby mi pan opowiedzieć o wpływach, jakie pana ukształtowały i o pańskim życiu?
– Historia mojego życia, tak?
Zaśmiał się serdecznie, spoglądając to na żonę, to na siostrzenicę, w poszukiwaniu aprobaty. Głowę miał dużą i kształtną, choć odrobinę przytłusty kark. Było mu do twarzy z opaloną łysiną i starannie przyciętym wąsikiem. Widoczne na policzkach cienkie żyłki tworzyły okrągłe rumieńce.
