
– Jeszcze nie zamykają – powiedział wyraźnie.
– Dla ciebie tak, staruszku.
Zatoczył się na ścianę, machając bez celu fajką, którą ściskał w pulchnej ręce.
– Nie opuszczaj nigdy knajpy przed zamknięciem ani kobiety pod drzwiami jej domu. Temat, na jaki piszesz, powinien być świeży, a mięso bażantów nieświeże. Akapity i spódniczki powinny być krótkie, a artykuły i nogi długie.
– Oczywiście – potwierdziłem z westchnieniem. Też mi rady.
Wziąłem go pod rękę i bez większych trudności wyszliśmy na chodnik Fleet Street. Jego chwiejny chód w stronę śródmieścia przyciągnął wprawdzie kilka spojrzeń, ale nie doprowadził do karambolu. Złączeni ze sobą przeszliśmy przez chwilowo opustoszałą jezdnię i kroczyliśmy dalej na wschód pod szykownym frontonem „Telegraphu” i oszklonym na czarno frontonem „Expressu”, które widziały niejedno. Fleet Street nieraz oglądała taki widok; zalany w pestkę podstarzały sprawozdawca z wyścigów konnych, który nie może o własnych siłach wrócić po lunchu do pracy, nie zasługiwał na wzmiankę w gazecie.
– Dam ci radę – rzekł raptem Bert, stając jak wryty. – Dam ci radę.
– Jaką? – spytałem cierpliwie.
Mrużąc oczy spojrzał z grubsza biorąc na mnie.
– Minęliśmy już „Famę” – powiedział.
– Tak.
Chciał mnie obrócić tak, żebyśmy poszli z powrotem.
– Muszę coś załatwić na rondzie Ludgate. Idę dziś w twoją stronę – wyjaśniłem.
– Naprawdę?
Skinął niezdecydowanie głową i powlekliśmy się dalej. Dziesięć kroków. Znów się zatrzymał.
– Dam ci radę – powtórzył.
13Patrzył prosto przed siebie. Jestem pewien, że nic nie widział. Nie dostrzegał ulicznego ruchu. Zaprzątały go wyłącznie krążące po głowie myśli.
