
— A czemu nie wybierzemy się do tego miasteczka w Tennizy, co to nazywa się Kryształowe Miasto?
— Może tam właśnie ruszymy, kiedy skończymy już z Nową Anglią.
— Optymista z ciebie — roześmiał się Verily.
* * *
Spakowali większość rzeczy, zanim jeszcze położyli się spać. Zresztą niewiele musieli włożyć do swoich toreb. Kiedy człowiek w podróży ma jedynie konia, który niesie jego i bagaż, zupełnie inaczej ocenia, co musi wozić z miejsca na miejsce, niż ktoś podróżujący wozem albo z orszakiem sług i jucznych zwierząt. Aby nie zamęczyć wierzchowca, bierze właściwie niewiele więcej, niż mógłby nieść piechur.
Alvin zbudził się jeszcze przed świtem, ale w czasie raptem dwóch oddechów zdał sobie sprawę z nieobecności Arthura Stuarta. Okno było otwarte, a choć zajmowali pokój na najwyższym piętrze, wiedział, że to by chłopaka nie powstrzymało. Arthur wierzył chyba, że grawitacja winna mu jest przysługę.
Verily i Mike spali, ale już wiercili się w łóżkach. Alvin obudził ich i poprosił, by osiodłali i objuczyli konie, gdy on pójdzie na poszukiwanie.
Mike zaśmiał się tylko.
— Pewno znalazł sobie jakąś dziewczynę, którą chce ucałować na do widzenia.
Alvin spojrzał na niego zaszokowany.
— O czym ty mówisz? Mike był równie zdziwiony.
— Ślepy jesteś? Albo głuchy? Arthurowi zmienia się głos. Jest już o włos od zostania mężczyzną.
— Skoro o włosach mowa — wtrącił Verily — to myślę, że cień na jego górnej wardze już wkrótce stanie się szczotką. Powiem szczerze, moim zdaniem na jego twarzy już teraz rośnie więcej włosów niż na twojej, Alvinie.
— Nie zauważyłem też, żeby twoja była szczególnie zdobna w wąsy — odparował Alvin.
— Golę się.
— Ale długi czas mija między jednym a drugim Bożym Narodzeniem. Muszę iść. Pewnie wrócę, zanim skończycie śniadanie.
