Po drodze Alvin zajrzał jeszcze do kuchni, gdzie pani Louder wyrabiała ciasto.

— Nie widzieliście może dzisiaj Arthura Stuarta? — zapytał.

— A kiedy zamierzaliście mnie uprzedzić, że wyjeżdżacie?

— Kiedy zaczniemy się zbierać po śniadaniu — zapewnił ją Alvin. — Nie próbowaliśmy się wymknąć, to żadna tajemnica, że się spakowaliśmy.

Dopiero wtedy zauważył, że policzki ma mokre od łez.

— Pani Louder, nie myślałem, że tak się przejmiecie. To przecież pensjonat, prawda? A goście przychodzą i odchodzą.

Westchnęła głośno.

— Jak dzieci…

— A czy dzieci od czasu do czasu nie powracają do gniazda?

— Jeśli to ma być obietnica, to może moimi głupimi łzami nie zmienię pieczywa w solone ciasteczka — powiedziała.

— Obiecuję, że nigdy nie spędzę nocy w Filadelfii gdzie indziej, tylko u pani. Chyba że moja żona i ja kiedyś się tu osiedlimy; będziemy wam przysyłać na śniadanie nasze dzieci, byśmy mogli się wylegiwać do późna.

Zaśmiała się.

— Pan nasz ciebie stwarzał dwa razy dłużej niż innych, Alvinie Smith, bo tyle czasu trzeba, żeby wcisnąć do środka te twoje figle.

— Figle same się wciskają. Taka ich natura.

Dopiero wtedy pani Louder przypomniała sobie o pytaniu Alvina.

— Co do Arthura Stuarta, to kiedy wyszłam po drewno, przyłapałam go, jak schodził z drzewa pod ścianą.

— I nie obudziliście mnie? Czemuście go nie zatrzymali? Zignorowała to ukryte oskarżenie.

— Zanim poszedł, wcisnęłam mu w rękę zimnego racucha. Powiedział, że musi załatwić jakąś sprawę, zanim rankiem wyjedziecie.

— No, przynajmniej wygląda, że ma zamiar wrócić.

— Rzeczywiście. Ale gdyby nie, to nie jesteś przecież jego panem, jak sądzę.

— To, że nie jest moją własnością, nie oznacza jeszcze, że nie jestem za niego odpowiedzialny.

— Nie mówiłam o prawach. Wyraziłam prostą prawdę. Nie jest ci posłuszny jak chłopiec, ale jak mężczyzna, który chce ci sprawić radość. Czyni coś nie dlatego, że ty rozkazujesz, ale dlatego że zgadza się, iż powinien.



13 из 306