Arthur Stuart stał przy warsztacie wypychacza. W rękach trzymał sójkę i lekko gładził jej pióra. Uniósł głowę i spojrzał na Alvina.

— Nawet nie jest martwa — powiedział cicho.

Alvin dotknął ptaka. Tak, pozostało w nim trochę ciepła; wyczuwał uderzenia serca. Śrucina, która go ogłuszyła, wciąż tkwiła w czaszce. Mózg był uszkodzony i ptak wkrótce zdechnie, nawet jeśli żadna z ran nie okaże się śmiertelna.

— Znalazłeś to, po co przyszedłeś? Adres malarza?

— Nie — odparł zasmucony chłopak.

Alvin natychmiast wziął się do pracy nad ptakiem. Sunięcie przenikaczem przez żywe stworzenie, dokonywanie tu i tam niewielkich poprawek było zadaniem delikatniejszym niż przemiany metalu. Pomagało, że trzymał zwierzę, że mógł go dotykać, gdy pracował. Krew z mózgu wkrótce spłynęła do żył, a uszkodzone arterie się zasklepiły. Tkanki pod ołowianymi kulkami goiły się szybko, wypychając je z ciała. Nawet ta wbita w czaszkę obluzowała się i wypadła.

Sójka nastroszyła pióra i spróbowała wyrwać się Alvinowi.

— I tak ją zabiją — stwierdził.

— Dlatego ją wypuścimy — odparł Arthur. Alvin westchnął.

— Wtedy staniemy się złodziejami, prawda?

— Okno jest otwarte — zauważył chłopiec. — Sójka może wyfrunąć, kiedy ten człowiek przyjdzie rano do sklepu. Pomyśli, że sama uciekła.

— A jak skłonimy ptaka, żeby to zrobił?

Arthur spojrzał na niego jak na kogoś niespełna rozumu, po czym nachylił się nad sójką stojącą nieruchomo na blacie. Zaczął szeptać do niej tak cicho, że Alvin nie zrozumiał słów. Potem zagwizdał kilka razy ostro, po ptasiemu.



16 из 306