
Sójka wzniosła się w powietrze i trzepocząc hałaśliwie, zaczęła fruwać dookoła. Alvin uchylił się przed nią.
— Nie uderzy w ciebie — uspokoił go rozbawiony Arthur.
— Chodźmy stąd — odparł krótko Alvin.
Wyprowadził chłopca przez tylne drzwi. Kiedy je zamknął, przytrzymał jeszcze gałkę w dłoni, przywracając częściom zamka ich właściwy kształt. Wypychacz zwierząt stał u wylotu zaułka.
— Co tu robicie?
— Mamy nadzieję was znaleźć, drogi panie — odparł spokojnie Alvin, nie cofając dłoni.
Z ręką na gałce moich drzwi? — zapytał mężczyzna lodowato podejrzliwym tonem.
— Nie odpowiedzieliście na pukanie. Pomyślałem, że nie słyszeliście, tak jesteście zajęci pracą. Chcemy tylko zapytać, gdzie znajdziemy tego malarskiego czeladnika. Francuza. Johna-Jamesa.
— Wiem, czego chcieliście — oświadczył wypychacz. — Odsuńcie się od drzwi, bo zawołam konstabla.
Alvin i Arthur cofnęli się.
— To za mało — stwierdził właściciel warsztatu. — Kręcicie się przy tylnych drzwiach… Skąd mam wiedzieć, że nie chcecie walnąć mnie w głowę i okraść, kiedy tylko je otworzę?
— Gdyby taki był nasz plan, mój panie, leżelibyście już na ziemi, a ja miałbym w ręku klucze.
— A więc wszystko sobie przemyśleliście!
— Zdaje mi się, że to wam się roi plan kradzieży. A potem oskarżacie innych, że chcą zrobić to, coście sami przed chwilą wymyślili.
Właściciel gniewnie wyjął klucz z kieszeni i wsunął go do zamka. Zaparł się, by przekręcić mocno, spodziewając się oporu zardzewiałego żelaza. Dlatego wyraźnie się zatoczył, gdy klucz nie stawił oporu, a drzwi uchyliły się bezszelestnie.
Może obejrzałby zamek i zawiasy, ale w tej właśnie chwili sójka, która przez całą noc powoli konała na stole, zatrzepotała gwałtownie przed jego twarzą i wyfrunęła na dwór.
— Nie! — krzyknął wypychacz zwierząt. — To trofeum pana Ridleya! Arthur Stuart zaśmiał się głośno.
